|
|
Misja
Część pierwsza
- No i co o tym myślisz? – rzucił Ted, patrząc na dobrze umocniony przyczółek
wroga.
Przed chwilą dotarli do tej ulicy pełni nadziei na zadanie chociaż drobnych
strat kombinatowi. Ale wyglądało na to że nie miało to sensu.
- Myślę że nic tu po nas, okopali ciężki sprzęt, ale ty tu dowodzisz poruczniku
to twoja decyzja. – spokojnie odparł Mike.
Ted westchnął i wyglądał teraz naprawdę staro. Lekko posiwiałe krótkie włosy i
skromny zarost na pooranej zmarszczkami twarzy tylko potęgowały to wrażenie.
Smutne szare oczy pusto wpatrywały się w ruiny miasta. Przygarbiony chwiejnie
trzymał swój Smg. Podniszczony, obdrapany partyzancki mundur zdradzał iż nieraz
musiał przedzierać się przez City 17 i walczyć z jego znienawidzonymi
okupantami. A teraz miał stanąć przed naprawdę trudną decyzją. Faktycznie wróg
miał tam ciężki karabin maszynowy w bardzo dogodnym miejscu, jeśli zaatakują
frontalnie wykosi ich wszystkich. Poza tym naliczył około piętnastu innych
żołnierzy. Ale oczyszczenie tej ulicy może się okazać bardzo pomocne, to był
ważny punkt strategiczny, idealny przyczółek do ataku na kolejne części City 17.
Poza tym, kombinat składował tam trochę zapasów amunicji i broni. Schylił się i
schował się głębiej za wrak starej furgonetki.
Popatrzył na swój oddział. Sześcioro ludzi uzbrojonych jedynie w lekką broń.
Strach w ich oczach był przytłaczający. Jedynie twarz Mike’a była bez wyrazu.
Trzymał swojego shotguna mocno i pewnie, jego długie czarne włosy – znak że
kombinat nigdy nie będzie miał nad nim kontroli – opadały na ramiona. Brązowe
oczy osadzone głęboko w oczodołach, patrzyły teraz prosto na niego, nie mówiąc
mu absolutnie nic o jego stanie psychicznym. To było dla jego przyjaciela
charakterystyczne. Nieraz walczyli ramię w ramię i nieraz jeden drugiemu ratował
skórę. Ted kochał go jak własnego brata.
Porucznik rozejrzał się dookoła szukając jakby pomocy w podjęciu decyzji. Słońce
górowało nad dachami wielkich bloków. Większość z nich była podniszczona i
pogruchotana. Sterty gruzu leżały na ulicach, zniszczone samochody, kratery po
wybuchach. City 17 nie jest już tym czym było. Jest żywym dowodem twardych i
bezprecedensowych rządów kombinatu. To widok tego miasta który codziennie wbija
się w serca mieszkańców, daje rebeliantom i konspiratorom siłę do dalszej walki
z reżimem. Ted przejechał ręką po włosach i powiedział:
- Mike, mam dla ciebie trudne zadanie, na tyle trudne że jeśli nie chcesz go
wykonać możesz mi odmówić. – powiedział poważnie – widzisz ten budynek na prawo
od nas, tam kilkanaście metrów w górę ulicy?
- Tak, chyba tak. – odpowiedział spokojnie i ostrożnie wychylając się za krawędź
furgonetki.
- Jeżeli się tam dostaniesz, powinieneś dzięki niemu dojść aż do stanowiska
ciężkiego karabinu. W środku mogą być jednak żołnierze kombinatu. Jeśli uda ci
się z góry zlikwidować obsługę karabinu, natychmiast wspomożemy cię atakiem
frontalnym.
- To dobry plan, mogę spróbować. – rzekł pewnie.
- Tylko Mike – szarpnął go jeszcze za ramię gdy ten odchodził i podał mu Smg –
bądź ostrożny.
Ten złapał broń i przewiesił ją przez ramię, odpowiedział tylko ledwo
zauważalnym skinieniem głowy i wyskoczył jak z procy. Ted zaczął tłumaczyć
reszcie plan ataku.
Dotarł do pierwszej wyraźnej osłony, wąskiej uliczki między budynkami. Był lekko
podenerwowany i podekscytowany mimo iż nie dawał tego po sobie poznać Tedowi.
Inaczej mógłby go nie wysłać z tym zadaniem, a on uwielbiał samotną walkę.
Popatrzył na swojego shotguna aby sprawdzić czy wszystko jest ok. Wychylił się
lekko za krawędź budynku aby sprawdzić otoczenie w poszukiwaniu następnej
kryjówki. W ulicy tkwił krater pokaźnej wielkości, a stamtąd już tylko parę
metrów dzieliło go od budynku do którego miał się dostać. Popatrzył jeszcze
dalej: żołnierze kombinatu, mieli trochę rozluźnione szyki, widocznie czuli się
bardzo pewni siebie ,,idioci, mam nadzieję że zrobimy im niezłą niespodziankę’’
– pomyślał. ,,Na raz, na dwa, na trzy’’ – znów biegł jak opętany przed siebie,
próbując jak najgłębiej się pochylać. I wskoczył do krateru. Przez chwilę leżał
nieruchomo i czekał. Nie słyszał, niczego, żadnych podejrzanych głosów, żadnego
alarmu. Rozejrzał się, wiedział że tam za furgonetką, reszta czeka w
niepewności, nie mógł ich zawieść. Popatrzył w prawo, jeszcze tylko kilka metrów
i będzie na miejscu. Żółte obdrapane ściany budynku górowały nad spękaną i
poranioną ulicą. Blok był wysoki i podłużny. Adrenalina wzbierała się w nim jak
nadchodzący, długo oczekiwany przypływ. I ponownie ruszył wzbierając w sobie
całą odwagę. Krok za krokiem, noga za nogą i jest! Udało mu się, był w środku.
Korytarz do którego wbiegł był podniszczony i zdemolowany. Kawałki starej tapety
to tu to tam zwieszały się swobodnie z umęczonych ścian. Tynk co jakiś czas
sypał się z sufitu. Stara wykładzina miejscami popękała. Znów mocniej złapał
swoją broń i wymierzył długą lufę przed siebie. Ostrożnie stawiał krok za
krokiem. Po lewej, stara nie działająca winda daremnie czekała na jakichkolwiek
pasażerów. Po prawej wielkie dwudrzwiowe szklane drzwi prowadziły na podwórze.
Mike wyobraził sobie uszczęśliwione dzieci wybiegające przez nie z radosnymi
minami. Wpadały na podwórze i szaleńczo bawiły się nie przestając się śmiać.
Nagle wybiegają służby cywilne kombinatu, niektóre dzieci zostają zabite na
miejscu, uderzeniami ciężkich pałek, inne są wyłapywane i wsadzane do
furgonetek. Krew leje się z rozbitych maleńkich główek i wsiąka w trawnik.
Radosne śmiechy zastąpiły płacz i rozpaczliwe krzyki.
Szybko jednak odrzucił te ponure myśli i skupił się na zadaniu. Był żołnierzem i
miał robotę. Starał się zachowywać maksymalną ciszę, był dobry w skradaniu się,
ale nawet on nie potrafił zatrzymać złowieszczego echa odbijającego odgłosy jego
kroków. Niemal potrafił wyczuć zapach śmierci i zniszczenia. Dotarł do schodów i
ostrożnie postawił pierwsze kroki. Serce aż podchodziło mu do gardła, gdyż po
każdym stąpnięciu schody lekko skrzypiały. Adrenalina zalała jego umysł i ciężko
mu było się skupić. Po chwili dotarł jednak na pierwsze piętro i nic się nie
wydarzyło. Jak na razie miał ogromne szczęście. Wszedł do kolejnego podłużnego
korytarza. Było tu przeraźliwie pusto, w głębi zauważył prowizoryczną barykadę z
telewizorów, kanap, szafek i z czego się tylko dało.
I znów napłynęły do jego głowy obrazy. Ludzie, mężczyźni i kobiety żyjący w
radości i spokoju. Życie toczyło się swoim spokojnym, niespiesznym biegiem.
Ciepło rodzinne i miłość wypełniały jasno oświetlone mieszkania. I nagle walenie
w drzwi, i kopnięcie rozbijające drewno na części. Mężczyźni stawiają opór więc
służba cywilna wyjmuje broń. Strzały, piski kobiet, krew na ścianach. Stłuczone
lampy i panika.
I po raz kolejny wrócił do rzeczywistości. Budynek zdawał się być pusty, ale czy
na pewno? Wiedział tylko że jeśli podąży w głąb korytarza i przedostanie się na
drugą stronę barykady będzie u celu. Nadal posuwał się ostrożnie i niepewnie. Po
prawej wejście do jednego z mieszkań, drzwi były wywarzone, a dookoła gęsto było
od zaschniętej krwi. Wszedł do środka. Wszelki sprzęt domowy leżał, na podłodze,
na kanapach i fotelach pełno było dziur po kulach. Wszedł do większego pokoju, a
tu na stoliku stał włączony telewizor. Ustawiony był oczywiście na jedynym
dostępnym kanale, a na ekranie widniała twarz znienawidzonego dyktatora Wallec’a
Breena. Dźwięk jednak nie działał, może to i lepiej. Tutaj znajdowały się też
podwójne szklany drzwi, drugie wejście do mieszkania. Ostrożnie zerknął za nie i
z radością stwierdził, że wychodzą już za barykadą. Podążył więc w głąb
korytarza. Już niedługo powinien być na miejscu. Jeszcze kilkanaście kroków i
zatrzymał się. To tu, mieszkanie po lewej z nowo wstawionymi drewnianymi
drzwiami. Widok z okien tego pomieszczenia wychodził prosto na ulicę i na
ustawiony ciężki karabin. ,,Ale dlaczego drzwi są nowe? – pomyślał – coś jest
nie tak’’. Mimo wszystko musiał tam wejść, teraz już nie mógł się cofnąć.
Wezbrała w nim złość jak zawsze przed poważną akcją, przed oczyma miał teraz
mordowane dzieci i strzelających służbistów kombinatu. ,,Zapłacicie mi za to!’’
Pomyślał i z całej siły kopnął w drzwi.
Dwóch żołnierzy było zbyt zaskoczonych aby zdążyć zareagować, obaj stali blisko
okna, najwyraźniej obserwowali ulicę. Mike nacisnął na spust, śrut wystrzelił z
jego shotguna i zalał twarz jednego z przeciwników. Wygięło go nienaturalnie,
jego krew polała się po ścianie i oknie, upadł na podłogę. Drugi chciał już
podnieść pistolet z biurka, ale kolejny pocisk utkwił w jego plecach,
przebijając pancerz. Jego ciało oparło się o biurko, po czym osunęło na ziemię.
Mike nie tracił czasu, nadal był rozwścieczony i roztrzęsiony, uwielbiał warunki
bojowe. Spojrzał za okno, w dole rzeczywiście, ciężki sprzęt był wystawiony jak
na talerzu. Zawiesił shotguna na ramieniu i sięgnął teraz po Smg którego dał mu
Ted. Wybił lufą szybę, kawałki szkła posypały się na ulicę, a zdziwieni
żołnierze kombinatu popatrzyli się tępawo w górę. Mike wycelował i wypuścił
pokaźną serię, zalewając ich strumieniami ognia. Mechanicznie broń wypuszczała z
siebie kolejne pociski. Odgłos wystrzałów rozległ się po całej okolicy. Zadanie
wykonane, obaj operatorzy leżeli w kałuży krwi. Wtedy reszta żołnierzy widząc
swojego napastnika otworzyła ogień i zalała kulami jego stanowisko. Próbował się
uchylić, ale poczuł ogromny ból w okolicach ramienia, upuścił broń i upadł na
podłogę. Chwilę jeszcze walczył, aby nie stracić przytomności, ale nie udało
się, jego obraz zalała czerń.
Tekst napisał Yautja1
Wszystkie prawa zastrzeżone
|