|
|
Kroniki Istari
Część pierwsza
Opowiada ona o dwudziestoletnim chłopcu. Jego świat zamieszkują rózne rasy,
jednak jemu trafił się los człowieka. Na imię mu było Rovien Elbrise. Był dosć
wysoki. Włosy miał rudo-brązowe, a oczy jego lśniły zielonym blaskiem. Mieszkał
on na kontynencie Thorlen, które dobrze prosperuje, a to za sprawą jego króla
Leona III. Dokładniej to Rov mieszkał w Gris. Nie było ono co prawda duże, ale
bogate w piekne domy i miłych mieszkańców. Światem rządzą 3 bogowie: Virthis,
Menor, Oktril. Virthis jest dobrym bogiem i jest ulubieńcem ludzi prawych i
sprawiedliwych. Oktrila czczą tylko opryszkowie, bandyci i wszyksie plugawe
stwory. Walczy on ze swoim bratem Virthisem, kto ma panować nad światem. Menor
panuje nad całą planetą. Jest najstarszy z całej trójki. W chwili, gdy nie
będzie mógł już rządzić światem przekaże pałeczkę jednemu z dwóch krewnych. Ci,
nieprzerwanie walczą o dominacje. Pomagają lub dokuczają ludziom. Gdy Oktril lub
Virthis zajdą za daleko to wszystko równoważy własnie Menor.
Młodzian uwielbiał magię. Studiował ją już od dzieciństwa, ale jak na razie zna
tylko podstawy. Zgłębianie tych nauk wychodziło mu coraz trudniej, gdyż rodzice
nie lubili magii. Jego rodzice prowadzą sklep spożywczy. Rovien pomaga im, gdy
tylko może. Dni płyną dość szybko, ale zazwyczaj monotonnie. Tak było
przynajmniej do wieczora, gdy Elbrise mógł oddawać się swojemu ulubionemu
zajęciu: magii.
Pewnego dnia Rovien otworzył oczy. Leżał w łóżku, które było w jego pokoju.
Pomieszczenie, w którym się obudził było nie za duże. Znajdowała się tam szafa z
jego ubraniami i stołek. Na środku znajdował się piękny dywan. Nad łożem była
półka, pełna ksiąg o magii. Patrząc na nie z boku wyglądały jak czytanki, ale
pozory mylą. Rovien nauczył się nawet paru czarów. Dokładniej to gestów rąk i
formułki, gdyż nic, oprócz tego mu nie wychodziło. Przy dużej ilości szczęścia z
dłoni wylatywał mały, ale za to gęsty obłoczek dymu, który po chwili znikał. Nie
radowało go to wcale, wręcz przeciwnie - strasznie dołowało. Jednak się nie
poddawał i próbował ponownie. Niestety nie mógł robić tego często, gdyż ojciec i
matka często zaglądali do jego pokoju.
Elbrise poleżałby sobie jeszcze w łóżku, ale poczuł pyszny zapach.
- Och! mama znowu upiekła chleb. Szkoda, że zawsze robi duży,który starczy na
pare dni, zamiast mały i na jedną dobę. - pomyślał sobie.
Po paru chwilach wygramolił się ze swojego posłania, ubrał swoje brązowe buty
prosto od szewca Bospera, czarne spodnie, białą koszulę i czerwony sweter.
Ziewając otworzył drzwi. Ujżał na stole świerzo zrobiony i ukrojony kawałek
chleba z szynką. Cały pokój wyglądał podobnie jak jego, tylko trochę większy. Z
boku była mała kuchnia, w której mama Roviena przygotowywała jeszcze śniadanie
dla ojca. Rodzicielka miała długie, siwe włosy i kilka zmarszczek na twarzy. Nie
robiła niczego szybko, gdyż nigdy się jej nie spieszyło. "Co nagle, to po
diable" - tak zawsze twierdziła.
- Witaj mamo! - powitał swoją matkę Rovien
- Witaj, witaj synku. Usiądź wygodnie i zjedz śniadanie, ojciec zaraz przyjdzie.
- odpowiedziała matka.
Młody Elbrise rozsiadł się na krześle i popatrzył przez okno. Pomimo tego, że
był jeszcze ranek, słońce mocno świeciło, niebo było niebieskie, a na nim kilka
białch chmurek. Nagle ktoś otworzył drzwi wejściowe. W nich stał ojciec Roviena.
Mężczyzna był stary, siwy, umięśniony i widać było, że kocha swoje życie, gdyż
był zawsze pogodny i radosny.
- Witaj Rovien! Jak widzę chleb znów wyszedł ci wspaniale Eriso! Mężczyzna
podszedł do żony i pocałował ją, po czym wziął talerz z chlebem i przyniósł go
na stół. Rozsiadł się na krześle. Rovien wyglądał na zamyślonego.
- O czym tak myslisz Rov? - zagadał go tata
- O magii. - odparł odruchowo.
- Magia powiadasz synu. Magia jest niebezpieczna. Pamiętasz swojego wujka? Wziął
się za magię i później jedno zaklęcie mu nie wyszło i skończył w szpitalu. -
rzekł ojciec
- Tato! - podniósł trochę ton, po czym wziął kawałek chleba do ust, przekłknął
go i dokończył - opowiadałeś mi o tym już z 20 razy! Trzeba wiedzieć jak używać
magii! Wujek nie był w tym za bardzo doświadczony! - mówił głośno.
- Spokojnie chłopcze. - uspokajał go ojciec.- może zatem zmienimy temat? Na
przykład...- zamyślił się, przekłknął duży kawałek chleba po czym zaproponował -
Jak myslisz, czy dzisiaj dużo sprzedamy? - zaczął
- Sądzę, że tak. Nasz sklep jest najlepszy w mieście. - Rovien przystał na
zmianę tematu i uspokoił się.
Po paru kęsach talerze były puste.
- To było pyszne! - powiedział głośno ojciec klepiąc się po brzuchu. - No Rov!
To jak? Ustawiamy artykuły spożywcze przed dom? - zapytał
- Tak, to dobry pomysł.
Obaj wstali i poszli do magazynu. Było tam ciemno i czasami słychać było piski
myszy. Zeszli całkiem na dół i wzięli towar. Razem unieśli 4 paczki warzyw i
wyszli. Młody Elbrise rozglądnął się. Miasto było bardzo ładne i często służyło
jako postój dla poszukiwaczy przygód, wojowników i innych osób. Rov ustawił
warzywa na drewnianym stoliku. Stary Elbrise przypiął ceny na paczkach.
- Ja to ułożę, a ty idź po następne - rozkazał ojciec
Rovien przytaknął po czym wszedł do domu. Ujżał matkę zabierającą puste talerze.
Ojciec Roviena ułożył wszystko i z nudów rozglądał się po mieście. Ich sklep
znajdował się tuż obok bramy miasta, więc z lewej stony ni było na co popatrzeć,
jednak z ciekawości spojżał i zobaczył 4 mężczyzn na koniach zbliżających się do
Gris. Mieli czarne zbroje i peleryny. Trzech z nich miało hełmy, ale jeden z
nich go nie posiadał. Miał czarne, krótko ścięte włosy i chamski wyraż twarzy.
- Pewnie jacyś kupcy. Ostatnio pełno takich łazi po świecie - pomyślał ojciec.
Jeźdźcy wjechali do miasta. Powitał ich jakiś mężczyzna.
- Witamy w Gris! czego sobie życzycie? - rzekł życzliwie
- Waszej krwi! - wrzasnął młodzieniec bez hełmu i zaczął się diabelsko smiać.
Jeździec wyjął miecz i ruszył na mężczyznę. Ten odwrócił się i zaczął uciekać,
lecz nie zdążył. Morderca nabił go na swóją wielką broń, po czym zrzucił go bez
żadnych wyrzutów sumienia. Mieszkańcy, którzy przyglądali się tej sytuacji
zaczęli się chować i uciekać w panice. Czterej oprawcy cały czas się śmiali.
Rovien o niczym nie wiedział bo siedział w magazynie. Teraz wyszedł z 2 paczkami
warzyw i zobaczył 4 mężczyzn i leżącego obok nich martwą osobę. Rovien położył
warzywa i pobiegł do trupa.
- Och! mamy kolejnego chętnego na śmierć. Nie bój się, to będzie bolało tylko
przez chwilę. - zaszydził przywódca jeźdźców.
- Nie miałeś prawa go zabić! - wrzasnął Rovien
- Nie synku! Oni są niebezpieczni! - skarcił go ojciec
- Widzisz chłopcze?! Trzeba było słuchać starszych! Teraz przypłacisz to życiem!
- pouczył go chamsko jeździec, po czym uniusł w górę wielki miecz ociekający
krwią.
Rovien zaciskając zęby postawil wszystko na jedną kartę. Czuł, że jeśli mu się
nie uda to oni zabiją wszystkich. Chciał ich uratować. Zaczął wykonywać dziwne
gesty i mruczał coś pod nosem.
- Co jest? - spytał zdziwiony jeździec
- Haaaa! - wrzasnął Rovien.
Z jego rąk wyleciała ognista strzała, która trafiła mężczyznę bez hełmu. Zaczął
się palić i spadł z konia. Nie ruszał się. Młody Elbrise spojżał poważnie na
resztę szubrawców, którzy uciekli w popłochu. Rovien odetchnał z ulgą. Cały tłum
radośnie podbiegł do niego i zaczał zadawać mu pytania. Jego uwagę przykuł
długowłosy blondyn w niebieskiej zbroi.
- Witaj chłopcze - zaczął
- Noooo, witam. - odpowiedział Elbrise z niepewnością.
Po chwili wszyscy ludzie oprócz jego i blondyna roozesli się. Nagle podbiegł do
niego tata.
- Synku! Prawie zginąłeś! Jestem z ciebie dumny, ale jednocześnie zaszokowany,
że znasz się trochę na magii! - mówił ze zdumieniem.
- Robiłem to w tajemnicy, to wszystko. - powiedział spokojnie
- Proszę pana, czy mógłbym porozmawiać z pana synem na osobności? - spytał się
mężczyzna w lśniącej niebieskiej zbroi.
- Jeśli nic pan mu nie zrobi to się zgadzam. - odparł żartobliwie - Jakbyś mnie
potrzebował Rov to ustawiam stragan.
- Dobrze ojcze.
Tata odszedł.
- Jestem Rovien Elbrise. Kim jesteś i czego chcesz?
- Nazywam się Nikos Krystalis. Jestem wojownikiem w służbie Zakonu Istari.
Widziałem twój talent magiczny i sądzę, żę jesteś godzien, aby się do nas
przyłączyć.
- Naprawde? - krzyknął Rovien z podniecenia i zemdlał.
Obudził się w swoim pokoju z mokrą chutką na głowie. Obok niego stali jego tata,
mama i Nikos.
- Co... co mi się stało? - spytał cichym głosem
- Nic złego. Zemdlałeś z przemęczenia pewnie. Za godzine powinieneś wrócić do
siebie - powiedziała matka.
- Tato, mamo, Nikos coś mi zaproponował - powiedział z lekkim podnieceniam
- O co chodzi Rov? - spytał się ojciec
- Dołączenie do Zakonu Istari. Mam z nim wyruszyć tam.
Rodzice przez dłuższą chwilę nie odzywali się.
- Proszę was! - powiedział łagodnym tonem Elbrise
- Ehhhh. No dobrze. Widziałem co zrobiłeś, aby obronić nas. Widać, że magia to
twoje powołanie. Jesteś pełnoletni więc to ty decydujesz o swoim życiu. Nie
możemy niestety dać ci jakiegoś pancerza, bo za bogaci to nie jesteśmy. Idź
zatem, ale pamiętaj aby odwiedzić nas czasem. Poradzimy sobie bez ciebie.
Rovien wstał natychmiastowo.
- Och jak się cieszę! Chodźmy już!
Rov wyskoczył z łózka i razem z Nikosem wyszli na zewnątrz.
- Rov. - zaczał ojciec - weź to - ojciec dał mu sakiewkę - My idziemy już, bo
mamy klienta. Powodzenia synu!
- Dzięki! - powiedział głośno - Nikos chodźmy!
Opuścili bramy miasta. Elbrise odwrócił się i ostatni raz spojżał na rodziców.
Był już daleko nich, ale widział łzy w ich oczach. Też je miał.
- Rov, coś nie tak? - spytał się Krystalis.
- Wszystko dobrze. Tylko coś mi wpadło do oka, to wszystko. - odparł Rov.
Tekst napisał Fash Gordon
Wszystkie prawa zastrzeżone
|