Pokonać to, co niepokonane

Dym nieznośnie gryzł w oczy, utrudniał widzenie, co było i tak wystarczająco trudne dla Kihona. Przedzierał się przez palące się pole podpierając się laską i poruszając się najszybciej jak tylko się dało mając 60 lat na karku. Lecz po dwóch tygodniach suszy trawa była na tyle sucha, że ogień rozprzestrzeniał się w straszliwym tempie, okrążając Kihona i powoli zamykając mu drogę ucieczki. W chwili, gdy wszystko wydawało się dla niego stracone usłyszał krzyk. Obrócił się i zobaczył jeźdźca pędzącego w jego stronę. Zanim zdążył zareagować konny zbliżył się na, tyle iż staruszek mógł rozpoznać mężczyznę dzierżącego w prawej dłoni 3 shurikeny. Kihon zrozumiał, że to nie jest przyjaciel. A więc dopadli mnie aż tutaj... – pomyślał. Postanowił jednak nie poddawać się bez walki. Ustawił się przodem do nadjeżdżającego, zaparł się nogami i czekał. Jeździec chyba zrozumiał intencje przeciwnika gdyż zatrzymał konia i zeskoczył z siodła z niebywałą zręcznością. Ogień zamknął pierścień naokoło nich strzelając płomieniami na jakieś 2 metry w górę.

- Dumny z ciebie staruszek, nie ma co ! Walki ci się zachciało ? – krzyknął wyjmując z pochwy miecz.

Ale jaki to był miecz ! Błękitna klinga z wygrawerowanymi przy krawędziach napisami. Rękojeść wysadzana jakimiś drogimi kamieniami. Kihon umiał rozpoznać dobrą broń a ten miecz wydawał mu się idealny. Napastnik obrócił ostrze kilkukrotnie w dłoni jakby zachwycając się jego doskonałością, po czym ruszył w kierunku starca.

- Trzeba było pomyśleć o konsekwencjach zanim porwałeś się na to ! Myślałeś, że uciekniesz przed nami ? Że ujdzie ci na sucho morderstwo ?

Nagle Kihon poczuł że skądś zna tego młodzieńca.

- Tiriell ? To ty ?

- A co to za różnica ?

Staruszek poczuł w sercu dziwne ukłucie. Czyżbym na koniec życia miał poczuć, co to strach ? Jego myśli powędrowały do małej wioski oddalonej o kilkaset metrów. Do wioski, w której spędził ostatnie 30 lat życia, w której miał przyjaciół, ale co ważniejsze miał też wnuka. Padł na kolana.

- Proszę...nie... błagam ! Daruj mi ! Czy nie pamiętasz ile ci ofiarowałem ?

- Na nic twoje błagania ! Ale masz rację... ofiarowałeś mi naprawdę wiele, dlatego zginiesz szybko.

- Czemu ? Czemu nie chcesz pozwolić mi żyć ? Nie należy mi się to ?

- Śmiesz zadawać takie pytania ? Czy ci się należy ? A czy Niasianowi się nie należało ? Czy on nie zasługiwał na to ?

Nagle ogień za plecami Tiriella zniknął tworząc dwumetrową wyrwę. Mężczyzna obrócił się zaskoczony. Przez chwilę wpatrywał się w wyrwę po czym zaklął cicho i skokiem pokonał odległość dzielącą go od Kihona.

- Giń !

Uniósł miecz i wbił go w pierś starca. Kihon nawet nie próbował się bronić. Wydał jeszcze kilka nie przypominających niczego dźwięków po czym osunął się na bok. Jego ciało poruszyło się jeszcze kilka razy w agonii aby po chwili znieruchomieć na zawsze. Napastnik obejrzał się przez ramię, słychać już było wyraźnie głosy. Szarpnął miecz lecz on... utknął ! Tiriell oparł stopę na ramieniu Kihona i szarpnął jeszcze raz z całej siły. Lecz i to nic nie dało. Przez wyrwę wpadły cztery osoby, trzech mężczyzn i kobieta. Jeden z przybyszów przepłoszył konia, który przegalopował przez otwór i zniknął w ciemnościach.

- I co teraz ? – zapytała kobieta uśmiechając się lekko.

- Teraz ? – Tiriell spojrzał na nią. – Teraz wszyscy zginiecie.

- Czyżby ? – nie okazywała w ogóle zwątpienia. – A może to ty teraz zginiesz ? Choć... – zmierzyła go spojrzeniem – Szkoda by było takiego okazu. – Bezwiednie oblizała wargi. – Na pewno nie chcesz się poddać ?

„Okaz" zaśmiał się w głos.

- A może to ty się poddaj ? W sumie to mógłbym poświęcić ci jedną noc...

- Hahaha... jakbyś poświęcił mi noc to już byś nie chciał z nikim innym jej spędzać !

- Tym bardziej żałuję...

W jego ręce pojawiły się shurikeny. Rzucone z zabójczą celnością trafiły w pierś jednego z mężczyzn, upadł. Drugi rzucił sztylet lecz Tiriell z łatwością się uchylił i złapał go w locie. W tym czasie pozostali uzbroili się w miecze. Mężczyźni ruszyli wznosząc wysoko swoją broń. Pierwszy wykonał serię cięć lecz o dziwo wszystkie zostały sparowane małym sztyletem. Jak on to robi ?– myślała kobieta przyglądając się walce. Nagle jeden z jej sojuszników upadł na plecy z nożem w krtani. Tiriell chwycił jego miecz, wykonał obrót i... wbił go w brzuch przeciwnikowi. Wyszarpnął ostrze, wziął zamach i jednym płynnym cięciem pozbawił głowy rannego. Odrzucił miecz na bok, po czym obrócił się w stronę niewiasty.

- Jak ci na imię ? – zapytał

- Aleni...

- A więc Aleni, nie zmieniłaś zdania ?

Kobieta powiodła wzrokiem po trupach towarzyszy.

- Tak... zmieniłam...

- Świetnie więc idziesz ze mną. Przyda mi się towarzystwo... tutejsze noce są wyjątkowo zimne.

- Ze mną staną się gorące... – rzekła butnie.

Tym razem to on zmierzył ją wzrokiem.

- Nie wątpię...słyszysz ?

Aleni chwilę nasłuchiwała.

- To z wioski. Chcą sprawdzić co się dzieje.

- Ilu ich może być ?

- Około 20 może 30.

- Za dużo... ruszamy.

Jeszcze raz podszedł do zwłok Kihona i szarpnął za miecz, nie dało rady. Machnął ręką. Podbiegł do kolejnego z nieżywych i odszukał swoje shurikeny.

- Chodź !

Ruszył biegiem przez wyrwę, a Aleni za nim.





Była pierwsza w nocy gdy zrzucili ze mnie koc. Fala zimna ogarnęła moje ciało. Otworzyłem oczy. Pochylał się nade mną mój kuzyn – Dan.

- Wstawaj ! Bierz kij ! Ruszamy.

- Co ? Gdzie ruszamy ?

- Chodzi o Kihona... wstawaj później Ci wyjaśnię.

Na wzmiankę o moim nauczycielu, ale i dziadku zerwałem się z łóżka. Wskoczyłem w buty jako że z powodu zimna i tak spałem w ubraniu. Sięgnąłem po kij i już byłem gotowy. Wyszedłem przed dom. Zewsząd schodzili się mężczyźni. Podbiegłem do Dana.

- Wytłumaczysz mi to ?

- Spójrz na pola.

Obróciłem się i dostrzegłem pomarańczową łunę pożaru.

- O co chodzi ?

- Przyjechali po niego...

- Co ? I dopiero teraz mi to mówisz ? Ruszamy !
 


Zacząłem biec. Po chwili usłyszałem jak dołączyła do mnie reszta naszego improwizowanego oddziału. Gdy zbliżyłem się na odległość kilkunastu metrów od pierścienia ognia ujrzałem dwie osoby wybiegające ze środka przez wyrwę.

- Tam ! – wskazałem ręką.

Ci którzy mieli ze sobą łuki wystrzelili we wskazanym kierunku. Wydawało mi się że co najmniej jedna strzała doszła do celu choć w ciemnościach łatwo o pomyłkę.

- Za nimi ! Biegiem ! – usłyszałem krzyk Dana.

Kilku z mężczyzn rzuciło się w pogoń. Mnie bardziej interesował los mojego dziadka. Znów zacząłem biec i po chwili znalazłem się wśród płomieni. Rozejrzałem się. Zatrzymywałem wzrok po kolei na każdym z zabitych, odczuwając coraz większy ucisk w gardle. Znałem ich wszystkich od dziecka. Lecz gdy moje oczy dostrzegły Kihona nie wytrzymałem. Z gardła wydarł mi się jęk rozpaczy, a w oczach poczułem wilgoć. Podszedł do mnie Dan i położył mi rękę na ramieniu.

- Przykro mi...

Lecz ja już go nie słyszałem. Powoli traciłem świadomość, zapadałem się coraz głębiej w czarną otchłań, powtarzając w duchu: Zemszczę się !





- Dasz radę ? Może ci pomóc ?

- Dam sobie radę ! Przestań mnie zadręczać !

- Ale to nie wygląda dobrze... strzała mogła coś uszkodzić.

- Wiec sprawdź...

- Połóż się na boku.

Tiriell przekręcił się na bok odsłaniając głęboką ranę pod żebrami.

- Trochę tu ciemno... – narzekała Aleni

- Przykro mi bardzo ale nie było w okolicy lepszych miejsc noclegowych od tej jaskini.

Aleni zignorowała tą uwagę i zaczęła przyglądać się ranie.

- Hm... Wygląda na to że wszystko w porządku.

Oderwała rękaw od swojej szaty i obwiązała Tiriella w pasie.

- No ! Powinno starczyć jak na razie...

- Dzięki... nie wiem dlaczego nie udało mi się uniknąć jej...

- Przestań... ominąłeś sześć pozostałych, to mało ?

- Cicho ! Nadchodzą...

Tuż za osłoniętym wylotem jaskini pojawiło się kilku mężczyzn. Jeden z nich zainteresował się krzakami zasłaniającymi kryjówkę.

- Podaj mi gwiazdki – szepnął ranny.

- Co ?

- Gwiazdki...no shurikeny.

Aleni sięgnęła ostrożnie do pasa leżącego obok niej i odczepiła trzy narzędzia śmierci po czym podała je właścicielowi. Tiriell przesunął się trochę aby mieć lepszą pozycję do rzutu i czekał.

- Ej ! Tu coś jest ! – krzyknął mężczyzna.

Po chwili pojawiło się u jego boku czterech kolejnych. Zaczęli rozgarniać gałęzie. Aleni wysunęła z futerału pięknie zdobioną katanę. Miała ona czerwoną rękojeść wysadzaną rubinami oraz ostrze pobłyskujące lekkim błękitem. W momencie gdy ostatnia kępa została odsunięta trzy piekielnie szybkie i zabójcze pociski pomknęły w stronę zbitych w gromadkę przybyszów. Każda z gwiazdek trafiła innego człowieka szerząc śmierć. Zostało ich dwóch. Aleni wstała z gracją jakiej Tiriell się po niej nie spodziewał i ruszyła lekkim truchtem w stronę pozostałych. Jeśli ranny wątpił w jej lojalność wobec niego, rozwiała ona te wątpliwości dwoma ciosami tej wspaniałej broni, która przechodziła przez kości jakby nie stanowiły dla niej większego oporu niż kartka papieru. Jeden z jej przeciwników upadł z dosłownie przeciętą czaszką. Jednak brakowało jej zwinności w walce, gdyż w trakcie wykonywania przez nią piruetu drugi mężczyzna ciął wyszarpniętym z pochwy krótkim mieczem. Lecz Aleni sprawiała wrażenie niewzruszonej tym trafieniem. Zaatakowała z nad głowy trzymając broń w jednej ręce, przeciwnik z łatwością zblokował cios, nie zauważył jednak sztyletu który pojawił się w drugiej ręce jego adwersarki. Gdy zrozumiał że dał się oszukać było już za późno na jakąkolwiek reakcję. Sztylet utkwił mu głęboko w szyi kończąc jego życie w sposób szybki lecz mało przyjemny. Aleni klęknęła obok niego i przeszukała najpierw go a potem resztę oddziału. Znalazła przy nich dwa mieszki pełne złotych monet a poza tym pięć shurikenów i jeszcze trzy rzucone przez Tiriella. Wytarła swoje ostrza o ubrania jednego z nich, schowała je do pokrowców i zaczęła odciągać trupy od wlotu jaskini. Tiriell siedział oparty o ścianę. Ciągle przed oczyma miał obraz walczącej towarzyszki. Widział z jaką gracją się poruszała choć nie uszły jego uwadze również niedociągnięcia jej stylu. Lecz mimo wszystko zachwycał się indywidualnością jej techniki. Wróciła.

- Świetnie walczysz – zauważył.

- Dzięki... – Aleni posłała mu jeden ze swoich najbardziej uwodzicielskich uśmiechów.

Tiriell podniósł się.

- Trzeba jeszcze raz zasłonić wejście.

Wyszedł. Czemu on mi się opiera ? – zapytała sama siebie. Może czegoś mi brakuje... Nagle na jej twarzy zagościł uśmiech. Szybko wyjęła z buta krótki sztylet, chwyciła za ramiączka utrzymujące szatę na swoim miejscu i przecięła je zgrabnymi ruchami. Jedną ręką przytrzymując fałdy materiału wcisnęła ostrze na miejsce i usiadła pod ścianą. Przecięte części ułożyła tak aby wyglądały normalnie.





Tymczasem Tiriell siedział na drzewie. Nie mogę pozwolić na to aby cielesne żądze mną zawładnęły ! – powtarzał sobie. Lecz za każdym razem gdy przestawał się koncentrować na tym zdaniu w oczach wyobraźni ukazywał mu się obraz walczącej Aleni z wyszczególnieniem oznak jej kobiecości. Gdy choć na chwilę zamykał oczy widział sceny z udziałem jego i właścicielki katany, sceny w których oboje posuwali się daleko w odkrywaniu rozkoszy. Zeskoczył z drzewa przekonany że musi odesłać Aleni. Wracając do jaskini zebrał potrzebne gałęzie. Wchodząc do środka użył ich do osłonięcia kryjówki. Odwrócił się do swej towarzyszki. Siedziała pod ścianą. Spojrzał na nią, a ona odwzajemniła spojrzenie.

- Wstań

- Jesteś pewny Tiriellu ?

- Wstań

Aleni wstała powoli wciąż podtrzymując szatę. Spojrzała mu w oczy i przyłożyła ręce do boków. Niczym nie podtrzymywany materiał zsunął się na ziemię odsłaniając piękne ciało. Kobieta z nieskrywaną przyjemnością patrzyła jak Tiriell pochłania ją wzrokiem. W końcu, po długiej ciszy przemówił:

- Podejdź tu... – rzekł i zrzucił z ramion płaszcz...





Obudziłem się, przez odsłonięte okna wpadały do pokoju promienie słońca. Przetarłem oczy i dopiero teraz poczułem jakiś ciężar na brzuchu. Spojrzałem tam i zobaczyłem głowę z burzą czarnych loków. Zobaczyłem że zarówno ja jak i ona jesteśmy nadzy. Ostrożnie odsunąłem ją od siebie. Nic nie pamiętałem. Powoli wstałem z łóżka, wskoczyłem w spodnie i przyjrzałem się dziewczynie. Prawdę mówiąc widziałem ją pierwszy raz w życiu choć muszę powiedzieć że była naprawdę ładna. Nagle przeciągnęła się i otworzyła oczy. Spojrzała na mnie, wyciągnęła ręce i chwyciła mnie z pośladki przyciągając jednocześnie do siebie. Zanim zdążyłem zareagować klęczała już na łóżku naga, piękna z twarzą na wysokości mojego pasa i zdejmowała mi spodnie. Odepchnąłem ją trochę niedelikatnie i zapytałem

- Kim jesteś ?

Opanowała się choć nadal nie zasłaniała swoich wdzięków powodując u mnie nie miły ucisk w spodniach oraz przywodząc mi na myśl jedną z wędrownych nierządnic, które odwiedzały czasem naszą wioskę

- Nie pamiętasz ? W sumie to się nie dziwię. Wczoraj byłeś raczej zdenerwowany...

Nagle uderzyła mnie świadomość wczorajszych wydarzeń. Usiadłem na łóżku i ukryłem twarz w dłoniach. Dopiero teraz zaczęło do mnie docierać że tak naprawdę nie wiem co robić. Wczoraj w emocjonalnym uniesieniu łatwo było mi obiecywać zemstę, teraz nie wiem jak tego dokonać, od czego zacząć, w którą stronę ruszyć. Poczułem na ramieniu rękę dziewczyny.

- Wiem co myślisz... – powiedziała spokojnie – Nie wiesz od czego zacząć.

- Co ty możesz o tym wiedzieć ?! – wydawało mi się dziwne że jakaś dziwka chce mnie pouczać.

- Wiem znacznie więcej niż ci się wydaje – odpowiedziała a w jej głosie wyczułem nutkę zdenerwowania

Nagle usłyszałem pukanie do drzwi.

- Wejść !

Po chwili w pokoju pojawił się Dan. Pod pachą trzymał długie drewniane pudełko. Spojrzał na dziewczynę, która w ogóle nie speszona nie zrobiła nic by się zakryć, co tylko utwierdziło mnie w przekonaniu że jest przedstawicielką najstarszego zawodu.

- Arakoon... myślałem że jesteś sam – wyszeptał nieco zmieszany Dan

- Sam tak myślałem... – odparłem z goryczą

Moja towarzyszka wstała nie okrywając się niczym po czym przeszła do drugiego pomieszczenia. Dan odprowadził ją wzrokiem po czym usiadł na fotelu stojącym w rogu.

- Kto to jest ?

- Żebym to ja wiedział... ale powiedz mi, wczoraj...

- Tak – wpadł mi w słowo – to stało się naprawdę.

- Więc Kihon nie żyje...

Mój kuzyn nie odpowiedział. Przez chwilę oboje trawiliśmy w milczeniu swój ból.

- Prawie ukończyłem trening... – przerwałem milczenie – Brakowało mi może dwóch tygodni.

- Przykro mi... Wiem jakie to było dla was ważne. Co teraz zamierzasz ?

- Muszę...Muszę się zemścić.

- Tak myślałem. Mam tu coś co ci pomoże.

Wstał i podał mi skrzynkę.

- Jak będziesz gotowy to zejdź na dół – rzekł i wyszedł.

Z pokoju obok wybiegła prostytutka, już ubrana. Miała na sobie luźną białą bluzkę, czarne spodnie przepasane zdobionym pasem. Na nogach miała wysokie, również czarne buty. W ręku trzymała zielony płaszcz. Lecz to co mnie zdziwiło najbardziej było przewieszone przez ramię. Pochwa z wystającą, zdobioną rękojeścią jakiejś broni.

- Kim ty jesteś ? – zapytałem.

- Nazywam się Vanessa jeśli o to ci chodziło. Ale uprzedzam cię że na więcej twoich pytań nie odpowiem, więc nie sil się na ich zadawanie.

Coś w tonie jej głosu powiedziało mi że na nic się zdadzą prośby czy nawet groźby. Przezwyciężyłem więc ciekawość. Odwróciłem od niej wzrok i wbiłem go w skrzynkę. Otworzyłem ją powoli jakby bojąc się co znajdę w środku. Leżały w niej miecz w futerale i kartka. Wyjąłem kartkę i przeczytałem:









Dan przyniósł mi wczoraj w nocy ten miecz. Znam się trochę na broni więc dobrze wybrał. Spędziłem nad nim dobre kilka godzin i muszę ci powiedzieć że jest to wyrób jakiego jeszcze nie widziałem ! Klinga jest wzmocniona nieznanym mi stopem metali co nadaje jej błękitny kolor, ale co bardziej praktyczne, miecz ten w ogóle się nie tępi ! Z tego co mi wiadomo miejscem w którym wytwarzana jest tak wyjątkowa broń jest Aklla. Jeśli nie wiesz gdzie to jest zapytaj Dana, był tam w zeszłym roku.


Griin



- Ten Griin, kim on jest ? – zapytała Vanessa spoglądając na kartkę ponad moim ramieniem.

- Griin jest naszym kowalem, nie znam człowieka lepiej znającego się na broni.

- No to widzę że mało ludzi znasz ! Tej broni nie wykuto w Aklli tylko w Lindo a to całkiem niedaleko.

- Skąd wiesz ?

Vanessa sięgnęła ręką do rękojeści swojej broni i wyjęła ją. Moim oczom ukazała się cudowna katana. Jej ostrze lśniło błękitem a w czerwonej rękojeści pobłyskiwały rubiny.

- Wyjmij miecz. – rzuciła

Posłusznie sięgnąłem po futerał. Skrzynkę odstawiłem na bok i Jednym, płynnym ruchem sprawiłem że klinga ujrzała światło dzienne. Była naprawdę zachwycająca. Tak samo jak katana lśniła błękitem, gdy przesunąłem ją w powietrzu zatańczyły na niej promyki słońca. W życiu nie widziałem piękniejszej i, czułem to instynktownie, lepszej broni.

- Bronie, których klingi lśnią błękitem są wizytówką pewnego kowala z Lindo. – oznajmiła spokojnie. – A teraz ubierz się.

Nie wiedziałem czemu jej słucham. Odłożyłem miecz na łóżko i dokończyłem ubieranie się.

- Dobrze. Masz pieniądze ? Albo chociaż konia ?

Chciałem rzucić uwagę na temat spędzonej razem nocy i posiadania przeze mnie konia ale się powstrzymałem.

- Mam około tysiąca... niedługo miałem skończyć trening i wyjechać więc odkładałem. Konia też mam, no i jeszcze jest koń Kihona – gdy wymówiłem to imię poczułem dziwne ukłucie w sercu.

- Świetnie. Spakuj coś na przebranie i jakieś koce. Przypnij ten pas – odsłoniła zasłonięty dotąd płaszczem pas i podała mi go.

Był biały z metalowymi wstawkami. Z prawej strony miał rzemyki na shurikeny a z lewej miejsce na pochwę.

- Dzięki – przypiąłem go.

- Idealny – pokiwała głową – Schodzę na dół, kupię trochę jedzenia i zaczekam przy miejscu gdzie zginął.

- Dobrze – ucisk w gardle powrócił.

Wyszła, a ja zacząłem zbierać rzeczy.







Gdy Tiriell otworzył oczy wciąż miał przed sobą obraz kochającej się z nim Aleni. Czuł, że nigdy tego nie zapomni. Przekręcił głowę na bok i zobaczył leżącą obok Aleni, przykrytą jego płaszczem. Wstał i ubrał się. Spojrzał jeszcze raz na swoją kochankę i zaczął odgarniać krzaki aby móc wyjść. Gdy w końcu wydostał się z jaskini i odetchnął pełnią tego słonecznego dnia poczuł że życie nabiera smaku. Był młody, wykonał właśnie swoją pierwszą samodzielną misję, kochał się z cudowną kobietą, nawet rana przestała mu dokuczać !

Nagle dostrzegł dwójkę jeźdźców. Oboje patrzyli na niego więc nie było sensu chować się. Odwrócił się tylko chcąc obudzić Aleni lecz ona już nie spała. Właśnie walczyła z przeciętymi wczoraj ramiączkami.

- Ktoś nadjeżdża – powiedział

Uporawszy się wreszcie z problemem sięgnęła po katanę. Tiriell obracał w dłoni shurikena. Utkwił wzrok w przybyszach próbując ustalić ich cel. Aleni stanęła w wejściu niewidoczna dla nich.

- Bądź ostrożny – powiedziała

- To chyba jacyś przejezdni, nie wyglądają na wojowników.

- Przydały by się nam nowe ubrania i konie. – zauważyła

- Więc tutaj skończy się ich podróż. – Tiriell ruszył wolnym krokiem naprzeciw podróżującym.

Nie był zwolennikiem takich sposobów lecz nie mógł pozwolić sobie na błąd. Wycelował i dwie gwiazdki – jedna za drugą – pomknęły do celów. Po krótkiej chwili dwa ciała zwaliły się na ziemię. Tiriell podbiegł do koni, uspokoił je i przywiązał do drzewa.

- Aleni ! Załatwione !

Kobieta wyszła z jaskini i skierowała się do zwłok.

- Co za szczęście ! To kobieta ! – wskazała na jedno z ciał – I do tego budową ciała podobna do mnie.

- A ten tutaj to facet... trochę niższy ode mnie. Trudno.

Szybko przebrali się w zdobyczne rzeczy. Niestety w sakwach przytroczonych do siodeł nie znaleźli nic prócz koców i prowiantu. Wskoczyli na siodła i ruszyli.

- Dokąd tak właściwie jedziemy ? – zapytała Aleni

- Do Lindo. Mam tam sprawę.

- A co będzie ze mną ? Oddasz mnie do jakiegoś burdelu ?

- Chyba żartujesz ! Taką dziewczynę ? Zostaniesz ze mną.

Aleni nic nie odpowiedziała choć na jej twarzy pojawił się uśmiech.





- Uważaj na siebie kuzynie !

- Będę. Na pewno kiedyś jeszcze tu wrócę ! – rzekłem i wyszedłem na dwór.

Skierowałem się w stronę pól rozpamiętując wieczór. To działo się ledwie kilka godzin temu a widzę to jakby przez mgłę. Po chwili marszu znalazłem się w wypalonym kręgu. Vanessa czekała na mnie z dwoma końmi.

- Wsiadaj – rzuciła mi wodze gdy podszedłem.

- Jedziemy do Lindo ?

- Tak, zajmie nam to około dwóch dni.

- Czemu ze mną jedziesz ?

- Mam powody.

Ruszyła galopem. Chwilę patrzyłem jak jej zgrabne ciało wpadło w rytm chodu konia i strasznie żałowałem że nie pamiętam niczego z naszej nocy. Kopnąłem mojego wierzchowca i ruszyłem za nią.





Ciemności zapadły już parę godzin temu, a my wciąż jechaliśmy. Mimo celu jaki nam przyświecał poczułem palącą potrzebę dotknięcia ziemi. Na szczęście Vanessa myślała podobnie, gdyż po chwili zatrzymała się i zeskoczyła z konia.

- Tu zostaniemy na noc – powiedziała i wprowadziła wierzchowca do niewielkiej jaskini.

Zlazłem jakoś z mojego i podążyłem za nią. Zobaczyłem jak przywiązuje konia wiec zrobiłem to samo. Rozsiodłaliśmy je, i rozłożyłem koce. Odwróciłem się do Vanessy i aż mnie zamurowało. Stała z bronią w ręku i gestem poleciła mi wyjąć swoją.

- Muszę sprawdzić na co cię stać.

Uśmiechnąłem się lekko. Ona nie mogła wiedzieć że przez dziesięć ostatnich lat szkolił mnie jeden z najlepszych wojowników Kensai. Postanowiłem pokazać jej że nie jestem chłopcem ze wsi. Zbliżyłem się do niej unosząc broń. Na razie nie atakowałem chciałem żeby to ona rozpoczęła walkę. Zaczęliśmy krążyć wokół siebie, z początku spięci potem coraz bardziej rozluźnieni. Nagle Vanessa zaatakowała. Cięła z góry, z łatwością sparowałem ten cios, po czym skontrowałem, lecz ona zbiła moje ostrze z gracją i siłą jakiej nigdy bym się po niej nie spodziewał. Rozpoczął się nasz taniec, klingi wirowały w ciągłych atakach i blokach. Żadne z nas nie mogło zdobyć przewagi, choć kilkukrotnie byłem pewien wygranej lecz moja przeciwniczka w ostatniej chwili ratowała się. Poczułem frustrację, gdyż nie mogłem przedrzeć się przez jej obronę i mimo luźnego charakteru walki zacząłem się denerwować. Moje ataki przybrały na sile i z satysfakcją zauważyłem że na czole Vanessy pojawił się pot. Lecz nie ustępowała. Po kolejnych seriach oboje byliśmy zlani potem, a nasze ubrania kleiły się do ciał. Szczególnie widoczne było to u mojej konkurentki, której wdzięki zostały wyeksponowane i niestety utrudniało mi to walkę. Nagle przerzuciła broń do drugiej ręki i cięła z nad głowy, zablokowałem uderzenie mieczem lecz moją uwagę przyciągnęła jej druga ręka która na chwilę znikła za jej plecami a po chwili wystrzeliła w moją stronę uzbrojona w sztylet. W ostatniej chwili złapałem ją za nadgarstek, uwolniłem mój miecz, wykonałem obrót i lekkim uderzeniem w kark zakończyłem walkę. Vanessa lekko zaszokowana spojrzała na mnie.

- Nie mówiłeś że Kihon cię szkolił. Zaskoczyłeś mnie... prawdę mówiąc to byłam pewna że wygram.

- Miałem dużo szczęścia.. ten ostatni atak... o mało co mnie nie trafiłaś.

- To powinien być koniec naszej walki. Myślałam że wieczory będziemy spędzać na treningu ale widzę że niczego już cię nie nauczę. I dobrze bo będziemy mogli robić coś przyjemniejszego. – mówiąc to odrzuciła broń i zbliżyła się do mnie.

- Mam taką nadzieję...

Odłożyłem mój miecz i przyciągnąłem ją do siebie, po czym oboje pogrążyliśmy się w błogiej rozkoszy.





- Więc to jest Lindo. – bardziej stwierdziła niż zapytała Aleni.

Stali na wzgórzu, z którego rozpościerał się piękny widok na leżące w dolince miasto. Może nie było to jakieś ogromne, tętniące życiem skupisko wszelakich rodzajów ludzkości, lecz sławą przewyższało większość z wielkich aglomeracji. Opasane murem staranne rzędy domostw i wszystkich rodzajów sklepów, zakładów, czy stoisk kontrastowały z wielkim białym budynkiem wzniesionym na samym środku miasta. Nawet z tej odległości widać było setki osób tłoczących się przy wejściu.

- Co tam jest ?

- Tam ? Nie powinno cię to obchodzić – odparł szorstko Tiriell lecz po chwili rzekł – Przepraszam, po prostu nie wiesz o mnie wszystkiego, a to miejsce ściśle wiąże się z moim dzieciństwem. Ale naprawdę nie mogę o tym mówić. Myślę że już czas przespać się w porządnej gospodzie i zjeść coś ciepłego. Znam świetne miejsce na nocleg. Mają wygodne i duże łóżka...Chodźmy !

Kopnął konia i ruszył w dół zbocza. Aleni dogoniła go.

- Dobrze skoro tak chcesz... – odpowiedziała.

Lecz w jej głowie kołatała jedna, nie dająca jej spokoju myśl: Kim jesteś Tiriellu i dlaczego moja siostra chce cię zabić?





- Arakoon ! Szybciej...

Reszta jej niewątpliwie kwiecistej wypowiedzi utonęła w szumie wodospadu. Przez ten jeden dzień spędzony z nią na szlaku przekonałem się że Vanessa jest po pierwsze genialna w łóżku, a po drugie klnie lepiej od niejednego wiejskiego bywalca karczm. No i po trzecie dowiedziałem się też o tym żeby nigdy więcej nie dać się namówić na skrót. Byłem cały w błocie, konie musieliśmy zostawić gdyż nie dały by rady przedrzeć się najpierw przez bagna a potem przez wąską półkę skalną zawieszoną nad wodospadem. Prawdę mówiąc ja sam miałem z tym problemy. Natomiast moja tajemnicza towarzyszka przemknęła tą drogą z łatwością, która mnie zszokowała i zagrała na mojej męskiej dumie. W końcu udało mi się dotrzeć na drugi koniec urwiska. Kilkaset metrów ode mnie ujrzałem łunę ogniska. Ruszyłem biegiem, pewny że to Vanessa rozpaliła ogień i suszy ubranie, a co za tym idzie nie ma go na sobie. Lecz gdy zbliżyłem się na kilkanaście metrów. Usłyszałem nieznane mi głosy. Przez chwilę walczyłem z własną wścibskością, to mogło być kilku kupców, ale przecież mógł to być on, zabójca Kihona. Gdy dotarło to do mnie ruszyłem biegiem nie zachowując nawet pozorów. Wyjęta przed chwilą broń dodała mi pewności siebie. Wypadłem zza krzaków w sam środek grupy osób. Rozejrzałem się i o mało co nie wypuściłem miecza. Wpadłem prosto w obozowisko grupy wojowników i nie było by w tym nic takiego gdyby tymi wojownikami byli ludzie. Lecz jak zauważyłem trochę nie w porę moje szczęście się wyczerpało gdyż nieznajomymi okazali się orkowie. Rozejrzałem się jeszcze raz, tym razem w poszukiwaniu ucieczki lecz naokoło mnie momentalnie powstał krąg.

- Kim jestesz szmieciu ? – dobiegło mnie pytanie, które ledwo zrozumiałem z powodu niezbyt wyraźnej dykcji pytającego.

- Jestem przyjacielem ! – zapewniłem ich szybko i w ramach dobrej woli rzuciłem miecz na ziemię.

Gdy usłyszałem ciche pacnięcie miecza zrozumiałem jak głupio postąpiłem. Czemu zawsze muszę się zachować jak idiota ? Lecz nie zdążyłem sobie odpowiedzieć gdyż nagle w mojej głowie eksplodował ból i zapadłem się w ciemność...





Vanessa leżał naga pośród liści i patrzyła w trzaskający wesoło ogień. Jej ubranie suszyło się na rozstawionych gałęziach. Gdzie ten Arakoon ? Jej ręce błądziły po ciele wspominając wczorajszą noc. Nie przypuszczałam że będzie taki dobry... Wstała i przeciągnęła się. Nagle w krzakach usłyszała szmer.

- Nareszcie Arakoonie ! Chodź tu bo ogień nie wystarczy aby mnie rozgrzać !

Rośliny poruszyły się lecz nie wyszedł z nich oczekiwany chłopak. Na widok niespodziewanego gościa Vanessa rzuciła się do futerałów leżących kilka metrów dalej. Lecz pobudzony przez jej nagość przybysz dwoma skokami pokonał odległość dzielącą go od ponętnej dziewczyny i podciął ją. Upadła i próbowała się podnieść lecz z ogromną siłą została przyciśnięta do ziemi. Głupia ! Trzeba było być ostrożniejszą ! Ork !

- Nieeee ! – krzyknęła

Ork zaczął rozpinać ciężkie skórzane spodnie, z każdym momentem przybliżającym ją do stosunku z tą kreaturą ofiara wyrywała się mocniej. Nagle poczuła dotyk na swoich pośladkach. Ręka orka zsunęła się niżej, a potem powędrowała do ud. Vanessa zdawała sobie sprawę z tego że jej szanse maleją z każdą chwilą. Po kilku sekundach, które dla niej trwały wieczność, jej nogi zostały brutalnie rozłożone i zablokowane. Ork pochylił się tak że czuła jego gorący oddech na policzku. Lecz myślący tylko o czekającej go przyjemności zapomniał o jednej ręce zdobyczy. Vanessa macała ziemię w zasięgu jej wolnej ręki szukając czegoś nadającego się do obrony. Ork chyba zakończył swoją trwającą kilkanaście sekund grę wstępną gdyż poczuła dotknięcie na wewnętrznej stronie uda, lecz nie były to ręce oprawcy, bo one zajęte były utrzymywaniem jej w odpowiedniej pozycji. Szybciej ! Ponaglała samą siebie. Nagle zamarła. Gwałciciel wszedł w nią przy przeszywających jej ciało spazmach bólu. Łzy napłynęły jej do oczy. Po chwili przerwy wznowiła poszukiwana, tym razem ze zdwojoną intensywnością. Ork dyszał coraz ciężej poruszając się rytmicznie. Nagle ręka Vanessy natknęła się na coś ostrego, chwyciła to pewniej i uderzyła. Lecz z powodu niewygodnej pozycji ostrze ledwo zadrasnęło orka, a przez to że był silnie podniecony nawet tego nie zauważył. Policzki miała mokre od wypływających z oczu łez. Ból nasilał się z każdym ruchem bioder orka. Spróbowała jeszcze raz. Tym razem chyba poskutkowało gdyż jej cichy płacz zagłuszył ryk. Lecz to było tylko złudzenie, po chwili odkryła że źródłem tego dźwięku było sięgające granic pobudzenie. Dochodzi... spanikowała. Zaczęła rąbać ostrzem bez zastanowienia i po chwili jakby odniosło to jakiś skutek. Ruchy orka stały się wolniejsze, a jego oddech płytszy. Nagle poczuła na plecach gorący płyn. W ostatnim rozpaczliwym szarpnięciu zrzuciła z siebie orka, towarzyszyła temu fala bólu. Szybko przyłożyła rękę do pleców i odnalazła mokre miejsce. Zawahała się po czym przeniosła rękę w pole widzenia. Krew... pomyślała z ulgą. Spojrzała na trupa orka z odrazą. Jego opuszczone do połowy ud spodnie były we krwi podobnie jak podbrzusze. Nie zdążył... łzy napłynęły ponownie. Odszukała wzrokiem ostrze którego użyła do pokonania przeciwnika i aż zachłysnęła się powietrzem. Był to miecz Arakoona. Otarła łzy i pobiegła do strumyka płynącego kilkanaście metrów dalej. Wskoczyła do wody zanurzając się w niej. Zaczęła szorować się rękami. Po chwili rozpaczliwego tarcia o skórę zwiesiła ramiona i zapłakała.





- Daj nam pokój – zwrócił się Tiriell do oberżysty

- Nie mam – odpowiedział szorstko niechętny karczmarz

- Jak to nie masz ?! A ten wielki napis „Wolne pokoje" na szyldzie to co ?

- Zabrakło.

Tiriell spojrzał na niego z odrazą. Aleni pociągnęła go za ramię i wyszli z budynku na zatłoczoną ulicę. Konie zostawili w stajni więc musieli poruszać się pieszo.

- Zupełnie nie rozumiem co się dzieje. To już trzecie miejsce, w którym odmówiono nam gościny z powodu braku miejsc.

- Na pewno za chwilę coś znajdziemy. – pocieszyła go Aleni.

Zaczęli się rozglądać za jakimiś szyldami. Aleni podbiegła do tablicy ogłoszeń, żeby sprawdzić czy na niej nie znajdzie jakichś wolnych miejsc. Chwilę wpatrywała się w tablicę, a jej oczy robiły się coraz większe. Spojrzała na Tiriella i pokazała mu aby podszedł. Gdy się do niej zbliżył wskazała mu centralne miejsce tablicy. Gdy ujrzał co tam się znajdowało wciągnął głośno powietrze. Wisiał tam jego portret a pod spodem było napisane:



Za morderstwo, zdradę i ucieczkę skazuje się Tiriella Gor'yiona na karę śmierci. Każdy kto poda w Siedzibie jakieś istotne informacje może liczyć na 1000 sztuk złota. Ci którzy przyprowadzą go żywego, lub przyniosą w worku jego głowę otrzymają 100000 sztuk złota.



Arkuji





Tiriell rozejrzał się nerwowo po czym chwycił Aleni za rękę i ruszył z nią w stronę bram miasta. Szli spokojnie choć ich czujne oczy wodziły wokół, a ręka mordercy spoczęła na shurikenach. Wyszli z gęstych zabudowań na niewielki plac prowadzący do bramy, gdy naokoło nich pojawiło się około dwudziestu mężczyzn. Każdy z bronią w ręku. Jeden z nich wystąpił kilka kroków do przodu.

- Tiriellu, więc sam do nas wróciłeś ? Godna podziwu postawa, widzę że zasługujesz na to aby cię nie zabijać od razu. Przyprowadzimy cię Arkujiemu. Brać go !

Dwudziestu wojowników ruszyło na Tiriella, odepchnął on błyskawicznie Aleni aby znalazła się poza ich zasięgiem a sam rzucił się biegiem w stronę przeciwną. Wszyscy rzucili się za nim. Prawie wszyscy. Jeden z nich podbiegł do leżącej na ziemi Aleni szybkimi ruchami odebrał jej broń i jednym uderzeniem w twarz pozbawił ją świadomości po czym zaczął ją ciągnąć w stronę białego budynku. Po chwili dołączyło do niego dwóch następnych ciągnących nieprzytomnego Tiriella.





Wyszła z wody całkowicie rozbita. Ubrała się i usiadła obok miecza. Weź się w garść ! wmawiała sobie. Musisz coś zrobić aby mu pomóc ! Przysunęła się do orka i przeszukała go. Z kieszeni wyjęła spisane dla niego rozkazy.



Musisz za wszelką cenę schwytać Tiriella zanim dotrze na miejsce. Powiedz mu, że zmieniamy cel misji. Cel musi przeżyć, a on musi sprowadzić tu jego wnuka, Arakoona, całego i zdrowego ! Jeśli ci się nie powiedzie to wiesz co się stanie ?



Pod tekstem odciśnięta została pieczęć, lecz Vanessa nie rozpoznała jej, wzrok jednak przykuł prawie idealny portret jej towarzysza. Więc on żyje ! Zaszła w niej jakby przemiana. Z nową energią przypięła futerały z bronią i rzuciła się biegiem w stronę Lindo.





Po morderczym biegu, którym przebyła resztę odległości stanęła wyczerpana u bram Lindo. Weszła bez problemów i udała się do pierwszej lepszej gospody.

- Pokój...szybko ! – rzuciła karczmarzowi razem z kilkoma złotymi monetami.

- Oczywiście...proszę – podał jej klucz.

- A i za pół godziny niech ktoś mi przyniesie coś do jedzenia. – powiedziała odchodząc.

Ruszyła po schodach. Po chwili znalazła się w małym lecz niebrzydkim pokoiku. Podeszła do okna i otworzyła je. Uderzył ją w twarz powiew chłodnego powietrza. Widok rozpościerał się na pogrążoną w ciemnościach bramę przez którą wchodził oświetlony pochodniami oddział włócząc...

- Arakoon ! - wyrwał jej się z ust okrzyk

Niewiele myśląc wyskoczyła przez okno. Wylądowała dwa metry niżej na trawie. Na szczęście panujące wokół ciemności znacznie ułatwiały jej śledzenie porywaczy. Idąc za nimi próbowała policzyć ich i ocenić swoje szanse. Jednak jej umysł wracał już do rzeczywistości i doszło do niej to że próbując teraz walczyć skazała by siebie na porażkę i niewolę lub nawet śmierć. Trzymała się w na odległość słuchu, lecz oddział ten składał się z orków rozmawiających w ich plugawym języku, którego nie rozumiała. Przemaszerowali przez plac i skierowali się w stronę wejścia do białego budynku. A więc tam się chowacie. Przykucnęła naprzeciwko wejścia i obserwowała orków. Zatrzymali się i z budynku wyszło dziesięciu ludzi. Przejęli od nich jeńca i weszli do środka. Oddział jednak nie ruszył się z miejsca. Ich kapitan podszedł do wrót i zaczął w nie uderzać wykrzykując zapewne obraźliwe słowa. Nagle wrota rozwarły się i wyszedł z nich mężczyzna. Chwilę rozmawiał z orkiem po czym błyskawicznym ruchem wyszarpnął miecz i pozbawił go głowy. Widząc to reszta oddziału dobyła swojej broni i skupiła się wokół niego. Jednak wojownik dysponował ogromnymi umiejętnościami. Zawirował w piruecie odsuwając się poza zasięg najbliższych przeciwników i wbił klingę głęboko w brzuch kolejnego. Niespodziewanie w jego dłoni pojawiły się shurikeny. Mieczem sparował dwa ciosy po czym powalił trzech orków celnymi rzutami. Chwycił pewniej miecz i ciął z nad głowy, ork próbował się zastawić lecz jego przeciwnik cofnął rękę, omijając zastawę i zagłębiając ostrze w czole zdziwionej kreatury. Wykonał obrót i ciął po łuku trafiając w plecy następnego i prawie przecinając go na pół. Reszcie oddziału przeszła ochota na walkę. Orkowie rozpierzchli się po całym placu. Mężczyzna rzutem pozbawił życia jeszcze jednego przeciwnika, po czym wszedł do środka. Vanessa siedziała w miejscu zupełnie zapominając o otaczającym ją świecie, zafascynowana pokazem umiejętności nieznajomego. W końcu wstała i ruszyła w drogę powrotną do karczmy.





Drzwi celi otworzyły się z hukiem. Wszedł przez nie wysoki mężczyzna z krótkimi czarnymi włosami. Podszedł do leżącego w kącie Tiriella i dwoma uderzeniami w twarz przywrócił mu przytomność.

- Wstawaj – rzekł spokojnie

Tiriell zaczął niezdarnie gramolić się na nogi. Nagle uderzył. Jego ręka zatrzymała się na twarzy przeciwnika, odrzucając jego głowę w tył. Zaraz po tym na jego tułów spadło kilka ciosów. Lecz Tiriell nie był w formie. Następne uderzenie wymierzone w brodę zostało zatrzymane. Przeciwnik przejął inicjatywę. Ciosem otwartej ręki uderzył w twarz, po czym kopnięciem w brzuch posłał go na podłogę. Zanim zdążył wstać noga oprawcy wylądowała mu na karku przygniatając go boleśnie.

- Jeszcze jeden taki numer...

- Co tu się dzieje ? Lira'yann ? –

- Panie...przepraszam, zaatakował mnie.

Do celi wszedł człowiek w sile wieku. Na łysej głowie miał wytatuowany herb swojego rodu. Na plecach wisiały dwa pokrowce, z każdego wystawała zdobiona rękojeść.

- Tiriellu... czemu to zrobiłeś ?

- Arkuij... wrobiłeś mnie !

- Nawet jeśli... nie odpowiedziałeś mi na pytanie.

- Dlaczego ?! Czy nie byłem najzdolniejszy ?

- Lira'yannie, naucz go ogłady a potem przyprowadź do mnie.

Wyszedł zamykając za sobą drzwi.

- No więc zostaliśmy sami – rzekł czarnowłosy wyciągając zza pasa bat.





Przez wąski otwór w celi wpadało naprawdę niewiele światła. Aleni siedziała oparta o ścianę i zwrócona twarzą do tego niewielkiego źródła światła. Pogrążona była w myślach. Nie było dla niej problemem wydostanie się z tego więzienia, myślała o Tiriellu. Widziała na własne oczy jak mordował niewinnych i sama często też to robiła – zmuszała ich do tego sytuacja. Jednak nie przypuszczała iż jest kimś aż tak cennym i poszukiwanym. Ale przecież jej siostra ścigała go od ponad dwóch miesięcy, a ona nie zajmowała się byle kim. Nagle jej rozmyślania przerwało skrzypnięcie drzwi. Do środka wszedł strażnik. Aleni wstała. Trzeba się stąd wydostać pomyślała. Strażnik podszedł bliżej trzymając w ręku łańcuch. Najwyraźniej chciał ją związać. Aleni podniosła rękę. Zatrzymał się. Wstała i zrobiła krok w jego stronę. Strażnik pomyślał chyba że czeka go coś przyjemnego. Jakie było jego zdziwienie gdy Aleni błyskawicznym ruchem sięgnęła po jego miecz i wyrwała go z futerału. Mimo wszystko nie przejął się tym zbytnio. Była tylko kobietą, a on zaprawionym w bojach wojownikiem. Pewny zwycięstwa uderzył. Nie poczuł nawet gdy klinga gładko wśliznęła się w szyję. Po chwili zwalił się na podłogę i wszystko stało się ciemne. Aleni wytarła twarz o rękaw zabitego, odczepiła pęk kluczy i wyszła ostrożnie z celi śmiejąc się w duchu: ach ci faceci...







Minęło południe a Vanessa nadal nie znalazła sposobu na dostanie się do Siedziby – bo tak się ten biały budynek nazywał. Siedziała na kamiennej ławce niedaleko bocznego wejścia do budynku szukając sposobu na dostanie się do środka. Postanowiła podejść bliżej i przyjrzeć się wejściu. Wstała i ruszyła w stronę drzwi. Poczuła na plecach czyjeś spojrzenie. Odwróciła się i zobaczyła niskiego mężczyznę patrzącego na nią. Gdy zorientował się że zwróciła na niego uwagę podszedł do niej.

- Muszę powiedzieć że robisz wrażenie. – zagadnął

- Odczep się facet bo ci...

- Uuu... widzę że z temperamentem... tak takie lubią w Siedzibie !

Wyczuwając że ten mężczyzna może wprowadzić ją do środka zmieniła swoje nastawienie do niego.

- Słucham ?

- Mówię że z taką dupcią i cyckami możesz zawojować łóżka wszystkich w środku ! – rzekł bez ogródek wskazując głową na biały budynek.

- A co bym musiała zrobić żeby się tam dostać ? – zapytała przywołując na twarz najbardziej uwodzicielski uśmiech na jaki byłą ją stać.

- Nic trudnego ! Musisz tylko przejść test, a potem już moja w tym głowa że znajdziesz się w środku !

- Skąd mam wiedzieć że nie jesteś oszustem ? Że nie zależy ci tylko na spędzeniu ze mną kilku chwil ?!

- Nie będę ci nic udowadniał ! Jeśli nie wierzysz mi na słowo zmykaj mała ! Myślisz że jesteś jedyną dziewczyną w całym Lindo obdarzoną wdziękiem ?

- Przepraszam... to na czym ma polegać ten test ?

- Chodź za mną. – odwrócił się i ruszył w stronę niskiego budynku z cegły.

Vanessa westchnęła i ruszyła za nim.





W środku tłoczyło się mnóstwo dziewczyn. Fakt ten działał na korzyść nieznajomego gdyż Vanessie wydało się niemożliwe oszukanie tylu dziewczyn.

- Wejdź do tego pokoju, tam zostaniesz przetestowana i jeśli dobrze wypadniesz to za – spojrzał na zegar wiszący na ścianie – godzinkę będziesz w Siedzibie. – oznajmił i odszedł.

Vanessa zawahała się. Przed oczyma stanął jej tamten ork i łzy napłynęły jej do oczu. Lecz zaraz po nim przed oczyma pojawił jej się Arakoon w rękach tego strasznego wojownika. Otarła łzy i weszła do środka. Wystrój pokoju ograniczał się do wielkiego łóżka ustawionego na środku i strasznie trzeszczącego gdyż właśnie odbywał się tam „test" innej kandydatki. Vanessa wbiła wzrok w podłogę i czekała. Po chwili usłyszała kilka westchnięć i było po wszystkim. Dziewczyna zeszła z łóżka i stanęła naprzeciwko zasłaniając jej partnera.

- Musisz bardziej pracować biodrami. Potrenuj i wróć. Następna !

Dziewczyna przebiegła obok Vanessy zanosząc się płaczem.

- Następna powiedziałem !

- Już idę – odpowiedziała cicho.

Zrobiła kilka kroków i stanęła przed leżącym na łóżku mężczyzną. Był dobrze zbudowany i czysty. Na ten widok wyraźnie jej ulżyło gdyż spodziewała się jakiegoś potwora.

- Widzę że nieźle się spisują naganiacze... rozbierz się.

Kilkoma ruchami dziewczyna pozbyła się ubrania. Z nieskrywaną przyjemnością patrzyła jak kołdra przykrywająca go od pasa w dół unosi się.

- Chyba dostanie premię... Wskakuj.

Położyła się na łóżku. Poczuła jak jej partner przesuwa dłonie po jej ciele. Przeszły ją dreszcze.

- Dobrze... to zaczynamy.

Odsunął kołdrę i wskazał jej pierwsze zadanie. Zamknęła oczy przywołując obraz Arakoona. To dla ciebie ! Przystąpiła do wykonywania poleceń.





- Czy nasz pupilek nauczył się ogłady ?

- Zdecydowanie tak mistrzu Arkuij.

- Bardzo dobrze się spisałeś Lira'yannie. Tiriellu podobała się lekcja ?

Tiriell klęczał na posadzce w dużej sali. Był w samych spodniach. Na plecach widoczne były świeże ślady bezlitosnego bicia batem. Krwiste pręgi przecinały nawet jego kark i ręce. Spojrzał na siedzącego na pięknym krześle Arkuijego.

- Myślę że w pełni na nią zasłużyłem...mistrzu – rzekł ze skrywanym gniewem.

- Świetnie ! Tiriellu, pewnie zastanawiasz się dlaczego zostałeś wysłany z tą misją i dlaczego kazałem cię złapać ?

- Wielce mnie to intryguje – po chwili dodał – mistrzu.

- Więc musisz wiedzieć że choć Kihon – którego zabiłeś - został oskarżony o zabójstwo nie udowodniono mu winy. Więc w świetle naszego prawa był nie winny. Ale przecież nie mogłem pozostawić przy życiu kogoś kto zabił mojego brata, prawda ? Poczekałem więc aż skończysz szkolenie i przydzieliłem ci tą misję w tajemnicy przed Radą.

- Radą ?

- Tak naprawdę to Rada sprawuje rządy nad siedzibą i jest zwierzchniczką wszystkich Kensai na świecie. Ja jestem tylko jej członkiem oddelegowanym do Lindo. Teoretycznie muszę przestrzegać jej decyzji lecz jak sam się przekonałeś tylko teoretycznie. Niestety gdy byłeś już w drodze Rada dowiedziała się o celu twojej misji choć przypuszczała że to samo wola z twojej strony. Przysłali mi więc rozkaz, który miałem podpisać i wysłać z nim kogoś. Musisz wiedzieć że w tym rozkazie zabroniono robić krzywdę Kihonowi. Musiałeś za to przyprowadzić tu Arakoona – wybitnie uzdolnionego wnuka zdrajcy, ale nim się nie kłopocz, już tu jest. Ważniejsze jest to że niechcący wysłałem z tym rozkazem najmniej rozumnego z moich poddanych i oczywiście nie zdążył ci go doręczyć. Pech!

Tiriell hamował swój gniew z całych sił. Jeszcze nie teraz powtarzał sobie.

- Niestety Rada też wysłała za tobą kogoś. Piękną i zabójczą kobietę. Gdyby coś poszło nie tak miała cię zabić. Lecz uciekłeś jej nawet nie wiedząc o tym że cię szukała i wróciłeś tu, abym to ja mógł cię zabić. Nie jeszcze nie teraz. Na razie pognijesz trochę w celi. Zabierz go !



Vanessa poruszała się miarowo. Z każdym jej ruchem twarz jej partnera wyrażała coraz większe podniecenie.

- Szybciej – powiedział

Usłuchała. Przez ponad godzinę wykonywała wszystkie jego polecenia doprowadzając go do szczytu kilka razy. Poczuła że napina mięśnie. Dobrze wiedziała co to znaczy. Przyspieszyła, jego oddech stał się płytszy, złapał ją za biodra przyciskając do siebie i nie pozwalając poruszyć się. Spojrzała na niego.

- Starczy – powiedział po chwili – Złaź.

Podniosła się i zeskoczyła z łóżka.

- Zdałaś... idealnie. Idź do pokoju obok i powiedz że masz moją zgodę.

Vanessa szybko narzuciła na siebie ubranie i wyszła z pomieszczenia. Skierowała się w stronę pokoju obok. Gdy znalazła się w środku usłyszała pytanie.

- Zdałaś ?

- Tak...

- W sumie to się nie dziwię... – powiedział mężczyzna siedzący w fotelu. – Z takim ciałem.

- Możemy już iść ?

- Niecierpliwa jesteś co ? Skoro chcesz...ale musisz wiedzieć że jestem lepszy niż ten którego spotkałaś...

- Chodźmy.

- Jak sobie chcesz. Za mną.

Wyszli na zalany słońcem plac. Po chwili znaleźli się przy bocznym wejściu do budynku. Mężczyzna zapukał. Otworzyła im kobieta w sile wieku. Ubrana na czerwono z ciemnymi włosami sprawiała wrażenie poważnej damy.

- Nowa ? - zapytała

- Tak. Oddaję ją tobie.

Odwrócił się i odszedł. Kobieta gestem nakazała Vanessie wejść. Pomieszczenie w którym się znalazła było eleganckie i wytworne.

- Jak ci na imię ?

- Vanessa

- Dobrze, mów do mnie Liz, a teraz chodźmy, coś czuję że już dziś będziesz potrzebna. Przywieźli nową osobę, a wszystkie inne dziewczyny są już przydzielone. Musisz się wykąpać.

Zaprowadziła ją do sali z wielkim basenem na środku.

- Woda jest ciepła. Tu masz wszystkie kosmetyki i takie tam. Ubrania znajdziesz w tej szafie. – mówiąc pokazywała jej wszystko.

- Dobrze, dziękuję.

Kobieta zmierzyła ją wzrokiem po czym wyszła. Vanessa zrzuciła brudne ubranie i weszła do przyjemnie ciepłej wody. Sięgnęła po mydło i przystąpiła do zmywania brudu ostatnich dni.







Aleni wyjrzała zza rogu. Nie dostrzegając nikogo ruszyła dalej. Weszła ostrożnie do pomieszczenia dla strażników. Na szczęście żadnego z nich nie było w środku. Przeszukała szafki i znalazła swoją broń. W tym momencie do środka weszło trzech strażników. Niewiele myśląc rzuciła sztyletem w najbliższego. Uchylił się i ruszył na nią wyciągając dwa miecze. Wyszła mu na spotkanie. Zaatakował prowadząc miecze po łukach. Jednak nie mógł równać się szybkością z Aleni. W mgnieniu oka zbiła jego ciosy, a drugą ręką uderzyła w twarz. Uśmiechnęła się słysząc charakterystyczny trzask łamanego nosa. Wykonała obrót i korzystając z chwilowej konsternacji jej przeciwnika zahaczyła czubkiem śmiertelnie ostrej broni o tętnicę szyjną. Krew wypłynęła wartkim strumieniem. Lecz Aleni nie było już przy nim. Kataną odbiła lecący w nią shuriken, zanurkowała pod atakującym mieczem po czym wkładając w ten cios całą swoją siłę wbiła klingę od dołu w żuchwę. Siła jej ciosu zaprowadziła katanę aż do spotkania z mózgiem ofiary. Aleni poczuła ukłucie na nodze. Z szybkością jakiej się po niej nie spodziewano obróciła się wyszarpując ostrze. Ostatni z jej przeciwników przyjął postawę defensywną. Zaatakowała lecz wysoki mężczyzna z krótkimi czarnymi włosami zbił jej ostrze swym sejmitarem. Aleni chcąc szybko zakończyć tę walkę atakowała w szaleńczym tempie. Nie mogła uwierzyć że on jeszcze stoi, że przechwytuje jej każdy cios. Na jej czole pojawiły się krople potu. Wojownik powoli przejmował inicjatywę. Jego atak omal nie wybił jej broni z ręki. Następny miał być śmiertelny lecz w ostatniej chwili Aleni go sparowała. Zrobiła kilka kroków do tyłu, lecz przeciwnik wydawał się niestrudzony i bardzo chętny do walki. To go zgubiło. Podchodząc szybko do niej zahaczył stopą o ciało jednego ze swoich towarzyszy i na chwilę stracił równowagę. Ta chwila wystarczyła. Aleni odsunęła się w bok po czym z zabójczą siłą opuściła katanę na odsłonięty kark mężczyzny oddzielając głowę od reszty ciała. Podniosła sztylet i ukryła go w fałach szaty. Ostrożnie wyszła z pomieszczenia i ruszyła korytarzem. Usłyszała głosy. Nie mając gdzie się schować chwyciła sztylet i ustawiła się w pozycji do ataku. Zza rogu wyszło dwóch ludzi prowadząc przed sobą Tiriella. Zauważył on Aleni i schylił się gwałtownie. Na to czekała. Jej sztylet ugodził w czoło jednego z nich, zaś Aleni z zabójczą kataną w ręce pozbawiła życia następnego. Zdziwiony Tiriell wstał i gdy jego spojrzenie spotkało się z spojrzeniem Aleni na jego twarzy zagościł wyraz szczerej radości. Padli sobie w ramiona.

- Uciekamy ? - zapytała

- Ty tak, ja nie mogę.

- Dlaczego ? Co się stało ?

- Arkuij...on mnie wrobił. Muszę się zemścić !

- Sam nie dasz rady !

- Nie będę sam... gdzieś tu jest trzymany Arakoon, wnuk Kihona. Podobno jest wybitnie uzdolniony, a gdy się dowie że przez Arkuijego zginął jego dziadek na pewno zechce mi pomóc.

- Idę z tobą!

- Aleni to zbyt niebezpieczne...

- Nie zostawię cię ! Rozumiesz ?! Idę z tobą i koniec.

- Skoro chcesz.

- Chcę!

- Więc chodźmy

Ruszyli korytarzem.





Otworzyłem oczy i ujrzałem pochylającego się nade mną mężczyznę.

- Nareszcie się obudziłeś.

- Gdzie ja jestem ?

- W Siedzibie. Ale wszystko wyjaśni ci Arkuij. To później. A na razie przyślę ci jakąś kobietę. Rozerwiesz się trochę przed audiencją.

Wyszedł zanim zdołałem cokolwiek powiedzieć. Rozejrzałem się. Byłem w małym pokoju bez okien. Jedynym meblem było łóżko na którym leżałem. Starałem sobie przypomnieć co się ze mną działo od momentu mego niefortunnego spotkania z orkami gdy drzwi otworzyły się szeroko i weszła przez nie...

- Vanessa – wyszeptałem

Podeszła do łóżka i usiadła na skraju. Drzwi się zamknęły.

- To ja – powiedziała – Jak dobrze że żyjesz....

- Myślałem że to ty...

- Cicho... nieważne.

Przytuliła mnie.

- Jak tu weszłaś ?

Przez jej twarz przemknął grymas obrzydzenia.

- Długa historia. Musiałam udawać dziwkę. Przysłali mnie tutaj bym ci wypełniła okres oczekiwania.

- Jak uciekniemy ?

- Mam już pewien plan ale na razie nic nie zrobimy bo drzwi są zamknięte.

- Opowiedz mi co się z tobą działo.

Do oczu Vanessy napłynęły łzy. Przytuliłem ją i starałem się ukoić w jakiś sposób jej ból. Odsunęła się ode mnie.

- To było straszne. On... – głos jej się załamał

- Cicho... nic nie musisz mówić.

Opadła na łóżko i podkurczyła nogi cały czas płacząc. Objąłem ją ramieniem i tak leżeliśmy.



Gdy drzwi się otworzyły i wszedł strażnik wciąż trwaliśmy w tej pozie.. Podszedł do nas i szarpnął moją partnerkę za ramię. Wtedy się zaczęło. Vanessa zeskoczyła na ziemię i kopnęła go w brzuch, a ja podążając za nią uderzyłem go w twarz. Upadł na ziemię, dopadłem do niego i zabrałem mu miecz. Szybko oswobodziłem go i zatopiłem ostrze w klatce piersiowej mężczyzny. Ubrałem się w jego rzeczy i przypasałem miecz. Wyszliśmy na korytarz. Moja towarzyszka znała już drogę więc szliśmy szybko. Nagle zza zakrętu wyszły dwie poruszające się cicho i ostrożnie osoby.





Tiriell patrzył urzeczony jak kilkoma szybkimi ruchami Aleni pozbawia życia dwóch napotkanych przez nich strażników. Gdy się z nimi uporała podniosła miecz jednego z nich i podała go Tiriellowi. Ruszyli dalej. Poruszali się cicho nasłuchując. Jednak gdy pewni że nikogo tam nie ma wyłonili się zza rogu ujrzeli kobietę i chłopaka. Chłopak trzymał miecz i gdy ich ujrzał stanął przed dziewczyną osłaniając ją. Tiriell zrobił to samo. Nagle poczuł jak Aleni przepycha się obok niego i rusza w stronę napotkanych osób. To samo zrobiła tamta kobieta. Ku zdziwieniu Tiriella niewiasty padły sobie w ramiona, łzy płynęły im po policzkach.

- Vanessa... siostro ... czemu ?

- Aleni... musiałam ale... kończę z tym...- zauważyła Tiriella – Kto to ?

Aleni wysunęła się z jej uścisku i podeszła do swojego towarzysza. Złapała go pod ramię i pocałowała.

- To jest Tiriell...

- Ten Tiriell ? – zapytała podchodząc, za nią podążał chłopak.

- Tak ten... ale nie dam ci go skrzywdzić.

- Vanesso... może najpierw opuśćmy to miejsce a potem się zastanowimy co robić ? – zapytał jej towarzysz.

Spojrzała na niego.





- Dobrze myślisz Arakoonie – odpowiedziała na moje pytanie.

- Więc chodźmy. – zwróciłem się w kierunku przybyszów – Idziecie ?

- Tak idziemy – odpowiedział Tiriell a przez jego twarz przemknął grymas choć nie umiałem określić jego źródła.

- Vanessa zna drogę. Prowadź.

Ruszyliśmy bez słowa za każdym zakrętem spodziewając się spotkać strażników. Lecz szczęśliwym trafem aż do bocznych drzwi nie spotkaliśmy nikogo. Vanessa uchyliła je i wyjrzała na ulicę.

- Teraz wasza trójka biegiem do bramy, ja muszę pójść po broń. Zaraz do was dołączę.

Ruszyła biegiem w stronę jednej z bocznych uliczek. Odprowadziłem ją wzrokiem.

- Ruszamy ! – krzyknął Tiriell i rzucił się w stronę odległej o pół kilometra bramy.

Po chwili dołączyła do niego Aleni. Ruszyłem za nią podziwiając jej piękną figurę. Chyba rzeczywiście były siostrami bo obie olśniewały urodą. Nagle poczułem straszliwy ból w ramieniu. Straciłem rytm i upadłem. Usłyszałem jak Aleni woła Tiriella i zawraca w moją stronę. Podniosłem się i podbiegłem do Aleni.

- Nic ci nie jest ? – zapytała podczas gdy Tiriell szukał wzrokiem napastnika.

- Nie... tylko mnie drasnęli... chodźmy.

Ruszyliśmy. Pędziłem najszybciej jak tylko mogłem. Usłyszałem krzyk. Odwróciłem się i zobaczyłem jak pięknym ciosem Tiriell powala przeciwnika, po czym rusza za nami. Spojrzałem przed siebie akurat na tyle szybko by uchylić się przed lecącym we mnie sztyletem. Odnalazłem wzrokiem rzucającego i pobiegłem w jego stronę. Mieczem odbiłem kolejny rzucony we mnie sztylet. I cały czas biegnąc zamarkowałem uderzenie pięścią. Uwierzył. Jego broń – piękny sejmitar – powędrowała do zastawy. Tymczasem mój miecz popędzany siłą mojego rozpędu wbił się głęboko w jego czaszkę. Puściłem moją broń i chwyciłem jego klingę. Znowu zacząłem biec. Aleni już wybiegła za bramę i teraz głośno nas poganiała. Tiriell zrównał się ze mną i razem przekroczyliśmy bramę. Dołączyliśmy do Aleni i zagłębiliśmy się w las. Po chwili wybiegliśmy na nieosłonięte wzgórze z którego widać było bramę. Obserwowaliśmy w milczeniu zamieszanie wywołane przez nas. Wszędzie wokół kręcili się wojownicy. Szukałem wzrokiem Vanessy i dostrzegłem ją. Szła spokojnie z kataną przewieszoną przez ramię. Zagłębiła się w grupę żołnierzy przepychając się do bramy.





Vanessa przedzierała się przez grupę mężczyzn. Starała się nie zwracać uwagi na wygłaszane na jej temat komentarze. Powstrzymała się nawet gdy kilka razy została klepnięta w pośladki. Lecz gdy jeden z otaczających ją samców podszedł do niej i ścisnął za piersi jednocześnie całując w usta nie wytrzymała. Uderzyła go w twarz otwartą dłonią i odepchnęła jak najdalej od siebie. Nie spodziewał się tego. Stracił równowagę i upadł. Wszystkie twarze zwróciły się w stronę Vanessy. W ich oczach widziała mieszaninę gniewu i pożądania. W co ty się znowu wpakowałaś ?





Gdy zobaczyłem że Vanessa wplątała się w kłopoty chciałem ruszyć jej na pomoc, chciałem patrzeć jak napastujący ją wojownik ginie, jak jego krew rozlewa się na ziemi. Ruszyłem w dół zbocza, lecz zanim przebiegłem dziesięć metrów poczułem że tracę grunt pod nogami. Tiriell podciął mnie a teraz stał obok.

- Nie możemy jej pomóc. Zginęlibyśmy. Musi sama sobie poradzić.

Szarpnąłem się próbując wstać lecz przycisnął mnie do ziemi z taką siłą że aż zabrakło mi tchu. Przekręciłem głowę w bok i zobaczyłem Aleni. Stała tam i patrzyła na całą sytuację z takim spokojem ! Potem zobaczyłem jej zaciśnięte pięści i dziwny grymas na twarzy. Zrozumiałem że walczy ze sobą. Chciała tak samo jak ja zbiec tam i dać się porwać bitewnemu uniesieniu lecz wiedziała że zginie na marne bo dla Vanessy nie ma ratunku. Chyba że sama się jakoś z tego wyplącze.





- Panowie śpieszę się – powiedziała pojednawczym tonem Vanessa i wyciągnęła rękę do leżącego na ziemi.

Chwycił ją lecz zamiast wstać pociągnął ją do siebie, sprawiając że Vanessa wylądowała na nim. Chwycił ją za uda i podciągnął wyżej ku gromkim oklaskom. Ktoś z tłumu chwycił za jej katanę i nim zdążyła zareagować wyrwał ją jej i odrzucił daleko w tył. Vanessa uderzyła napastnika w twarz lecz nic to nie pomogło. Wręcz przeciwnie rozsierdzony uderzył ją również. Głowa odskoczyła jej do tyłu lecz uścisk mężczyzny stał się słabszy. Gwałtownie poderwała się na nogi wyszarpując ukryty sztylet. Tłum zrobił kilka kroków w tył. Wielu w nim obecnych sięgnęło po swoją broń. Vanessa nie czekając na rozwój wydarzeń przeskoczyła leżącego, roztrąciła najbliższych i pobiegła w stronę bramy. Minęło kilka sekund zanim oddział podjął pościg. Kobieta przemknęła przez bramę i wpadła między pierwsze drzewa gdy...





Strzał ugodziła ją między łopatki. Na ten widok wezbrała we mnie niekontrolowana moc. Oswobodziłem się z uścisku Tiriella i popędziłem w jej stronę. Widziałem jak upadła, jak tłum napalonych facetów zbliża się do niej z każdą chwilą. Biegłem tak szybko jak nigdy. W końcu znalazłem się pośród nich. Szybkim ruchem rozciąłem szyję pierwszego z brzegu. Zagłębiłem się w grupę wywijając sejmitarem na wszystkie strony, nawet nie próbując wprowadzić do walki jakiegoś ładu i logiki. Gdy na twarz poleciała mi krew z rozoranej przeze mnie piersi przeciwnika trochę mnie to otrzeźwiło. Rozejrzałem się korzystając z chwili spokoju i zobaczyłem że ten sam który zaczepił Vanessę w mieście klęczy teraz przy niej i korzystając z tego że jeszcze żyje ale nie ma sił stawiać oporu rozbiera ją. Ruszyłem w jego stronę po drodze wbijając klingę w plecy jakiegoś pechowca. Usłyszałem krzyk i mimowolnie spojrzałem w tamtą stronę. To Tiriell i Aleni zbiegali z bronią w ręku starając się odciągnąć choć część ode mnie i rannej. Podziałało. Miałem drogę wolną rzuciłem się biegiem widząc jak mężczyzna pieści jej piersi i wsuwa rękę pod szatę. Furia eksplodowała we mnie. Kilkoma susami pokonałem dzielącą nas odległość i w momencie gdy on zerwał z niej resztę odzienia ja ciąłem z nad głowy wbijając ostrze głęboko, aż po szyję nieświadomego przeciwnika. Wyszarpnąłem sejmitar i odepchnąłem zwłoki. Klęknąłem przy Vanessie chwytając ją za rękę. Spojrzała na mnie i na jej twarzy zagościł uśmiech.

- Wiesz że cię kocham...że pokochałam cię już tamtego dnia gdy się spotkaliśmy i spędziliśmy noc. Powiedz mi dlaczego...dlaczego gdy pierwszy raz poznałam co to miłość.. nie tylko fizyczna... dlaczego to się tak kończy ?

- Cii...oszczędzaj siły... wyliżesz się.

- Nie, Arakoonie to już koniec... czuję to. Wiesz czego żałuję ? Tego że nie zdążyłam ci powiedzieć kim jestem – głos jej się załamał a do oczu napłynęły łzy. – Kochałeś mnie ? Arakoonie ? Czy traktowałeś mnie tylko jako kogoś z kim można spędzić noc ?

- Vanessa...kocham cię... tak jak nigdy nikogo. Może to była najszybsza miłość w naszym życiu ale to była... jest miłość !

Podeszła Aleni. Z jej katany spływała krew. Klęknęła obok mnie i pogładziła siostrę po głowie.

- Kochana... czemu ? Czemu znów cię tracę ?

Lecz Vanessa nie odpowiedziała. Wydała ostatnie tchnienie a jej oczy zamknęły się na zawsze. Ścisnąłem jej rękę. Z gardła wydostał mi się ryk rozpaczy a oczy zwilgotniały. Spojrzałem na Aleni. Siedział spokojna, jej policzki błyszczały od łez.

- Jaka szkoda że nasza łowczyni nie dożyła do spotkania ze mną. – usłyszałem

Odwróciłem się i zobaczyłem łysego mężczyznę stojącego dziesięć metrów od nas.

- Arkuij – wydyszał Tiriell stając obok mnie

- W rzeczy samej. Myślałeś że mi uciekniesz ? A ty Arakoonie ? Po co ci to było ?

- Skąd znasz moje imię ?

- Jakaż to ironia ! Być szkolonym przez największego wojownika w dziejach i nic nie wiedzieć o Siedzibie i Bractwie. Ty wiesz coś o tym prawda Tiriellu ?

- Zamilcz ! – wtrąciła się Aleni

- O ! Widzę że jednak została dla mnie jedna z sióstr. Jak dobrze.

- O czym on mówi ? – zwróciłem się do Tiriella

- Nie wiesz ? – zadrwił przybysz – Naprawdę nie wiesz że stoisz ramię w ramię z zabójcą Kihona ?





Tiriell spojrzał na Arakoona. Zaszła w nim jakaś przemiana. Stał w miejscu i patrzył ślepo na niego. Nic nie mówił, choć Tiriell wolałby po stokroć aby wrzeszczał.

- To prawda ? - Zapytał cicho

- On mnie...

- To prawda ?

- Tak – Tiriell spuścił głowę – Ale pozwól mi się wytłumaczyć ! To on – wskazał na Arkuijego – On mnie wrobił !

Spojrzenie Arakoona napotkało wzrok Tiriella. Przez chwilę w milczeniu patrzyli sobie w oczy.

- Pomogłeś mi... uratowałeś mi życie... wierzę ci. – odpowiedział Arakoon i odwracając się w stronę łysego dodał – A ty zapłacisz za wszystko... za Kihona za Vanessę....

- Spróbujcie.

W jego dłoniach pojawiły się bliźniacze miecze. Arakoon wywinął młynka sejmitarem i ruszył do przodu powstrzymując gestem ręki swoich towarzyszy. Tiriell spojrzał na Aleni i oboje uznali w milczeniu że trzeba dać mu tę szansę. Lecz pozostali gotowi.





Czułem respekt do tego człowieka. Wiedziałem że gdyby nie był wybornym szermierzem nie odważył by się tu przyjść. Lecz mimo wszystko musiałem. Zaatakowałem cięciem po łuku, które zostało z łatwością zbite jednym z jego mieczy. Obróciłem się unikając cięcia drugą klingą. Miał przewagę w postaci drugiej broni. Tym razem on zaatakował. Mój sejmitar śmignął do zastawy jednocześnie drugą ręką uderzyłem w bok miecza zmieniając tor. Jednak mój przeciwnik nie przejął się tym widowiskowym manewrem. Seria jego ataków omal nie skończyła się dla mnie tragicznie. Wirował wokół mnie atakując z każdej strony, podczas gdy ja ograniczałem się do bloków. Ręka zaczynała mi drętwieć od ciągłego przyjmowania silnych ciosów. Niestety nic nie zapowiadało zmiany. Dwa szczególnie silne ataki wytrąciły mi broń z ręki. Zrobiłem kilka szybkich kroków w tył. Nagle Aleni i Tiriell włączyli się do walki. Zaatakowali równocześnie z dwóch stron i oba ataki zostały odparte niemal z bajeczną łatwością. Tiriell zawirował w piruecie odsuwając się z toru lecącego miecza, podczas gdy Aleni pchnęła przed siebie. Arkuij zbił katanę niedbałym blokiem po czym zaatakował serią ciosów. Aleni broniła się z całych sił, kilka razy ocierając się o śmierć. Lecz przeciwnik naciskał mocniej i mocniej. Jego ciosy coraz częściej stykały się z jej skórą, zostawiając krwawe szramy. Niespodziewanie kopnął Aleni w naprężoną i wyprostowaną nogę. Trafił w kolano z taką siłą że usłyszałem trzask. Upadła. Odwrócił się do nacierającego Tiriela. Uchylił się przed ciosem i z finezją ciął w gardło ledwo je zahaczając. Wystarczyło. Tiriell zrobił jeszcze kilka kroków łapiąc się za szyję, z której krew płynęła wartkim strumieniem. Upadł na kolana. Arkuij podszedł do niego od tyłu, złapał za brodę i szarpnął jego głowę mocno w tył. W mojej głowie cichy dźwięk łamanego kręgosłupa zwielokrotnił się do niemożliwie głośnego sygnału. Wstałem gwałtownie z ziemi i z furią ruszyłem nie uzbrojony na napastnika. Gdy tylko znalazłem się w zasięgu broni ruszył. Jednym ciosem rękojeścią trafił mnie w brzuch. Zemdliło mnie lecz nie poddałem się. Uderzyłem na odlew lecz chybiłem. Poczułem dotyk metalu na twarzy i do ust napłynęła mi krew po kolejnym uderzeniu. Upadłem, a on nie tracąc czasu podszedł do wijącej się na ziemi Aleni. Krzyknąłem, ona też. Nie słuchał. Wstałem jeszcze raz. Podbiegłem do niego lecz kilka ciosów sprawiło że znów leżałem. Zbliżył się do niej i coś wyszeptał. Krzyknęła, krzyknęła tak jak krzyczy ktoś komu wyjawiona zostaje najgorsza prawda. Jej krzyk urwał się nagle. Otworzyłem zamknięte przed chwilą oczy i ujrzałem piękne piersi Aleni, a pomiędzy nimi rękojeść miecza wbitego do połowy. Wstałem i ruszyłem. Cios w skroń sprawił że świat zawirował mi przed oczyma. Upadłem.



Cztery tygodnie...cztery tygodnie codziennej męki, codziennego treningu i codziennych rozmów z Arkuijm. Rozmów o czym ? O tym że moja miłość była płatną łowczynią nagród i że równie chętnie jak przyjmowała zlecenia oddawała się innym ? O tym że sprzedała Aleni w niewolę choć ona była jej młodszą siostrą ? O tym że Tiriell naprawdę został wrobiony ? O tym że zabito Kihona z mojego powodu ? Aby mnie zwabić tu ? O tym że nikt nie musiał zginąć ? Tak o tym były te rozmowy. On lubuje się w zadawaniu mi bólu. Widzi jak cierpię kiedy mówi o Vanessie. Lecz prawdziwą przyjemność sprawiało mu gdy opowiadał jak wydał jej ciało żołnierzom, jak gwałcili ją choć była martwa ! I opowiadanie mi jak to ciało wyglądało potem... czemu ?! Czemu mnie musiało to spotkać ? Ale już niedługo... mam plan i nikt mnie już nie powstrzyma. Ale jeszcze nie o tym. Nie wiem po co pisałem ten dziennik, po co utrwaliłem na papierze moje wspomnienia, przecież gdy odejdę nikt tego nie zachowa. Pierwsza osoba która tu wejdzie zniszczy to i nikt się nie dowie o niegodziwości Arkuijego. Trudno...


Arakoon Nas'lioan





Arakoon podpisał się na ostatniej kartce swojego dziennika po czym zebrał wszystkie część i ułożył na stole. Podszedł do stojącego w rogu łóżka i spod poduszki wyjął sztylet. Mimo szoku nie stracił swoich umiejętność jako kochanek i zjednał tym sobie jedną z dziwek przysyłanych mu co noc. Namówił ją aby przemyciła dla niego sztylet i zrobiła to. Teraz stał z nim w dłoni a przed oczyma miał Vanessę, Kihona, Tiriella i Aleni. Wszystkich którzy zginęli bo chcieli mu pomóc bądź bo go pokochali.

- Czemu ? – wyszeptał jeszcze raz.
Chwycił pewniej sztylet i stanął na środku pomieszczenia. Wziął głęboki oddech i szybkim ruchem wbił sobie sztylet w gardło. Poczuł jak lepka, gorąca krew wypływa z rany spadając kroplami na posadzkę. Upadł na kolana trzymając się za szyję. Przewrócił się na bok i jego ciało jeszcze kilkukrotnie poruszyło się w konwulsjach, po czym znieruchomiało. Na jego twarzy malował się upór i ulga. Lecz jego wciąż otwarte oczy pytały: Dlaczego ?
 

Tekst napisał Drakoon
Wszystkie prawa zastrzeżone


Nick:

Komentarz:

 
Protected by BOWI Group
Copyright © 2002-2009 Leon
Wszystkie prawa zastrzeżone