Czeskie Beskidy 2004
Dzień 0
Spakowaliśmy
ostatnie graty, takie jak szczoteczki do zębów czy prowiant i o ósmej mama
odpaliła samochód. Pierwszy przystanek był po 50 metrach, w spożywczaku pod
domem. Tata poszedł po zakupy, a mama wróciła do domu po zieloną kartę.
Gdzieś koło Środy Wlkp. trzeba było czekać, bo dwa samochody wpadły do rowu i
musiała przyjechać pomoc drogowa z policją i pogotowiem. Pierwszy przystanek na
jedzenie był przed Ostrowem Wlkp. Telefony się rozdzwoniły. Najpierw
rozmawialiśmy z babcią na zestawie głośnomówiącym, a potem ktoś zadzwonił do
mamy z Częstochowy. W trakcie podróży zrobiliśmy przerwę w Pałacu Sokolnik. 
Z
grupą z Klubu Sudeckiego - Poznań spotkaliśmy się na parkingu w „Oszołomie”.
Wspólnie pojechaliśmy zwiedzić zamek Olsztyn. Cel naszej podróży osiągnęliśmy
dojeżdżając do domku mamy pani Teresy w Dąbrowie Górniczej. Wieczorem nawet
poszliśmy się kąpać w pobliskim jeziorze Pogoria. Pomimo opinii kąpiących się,
że woda jest ciepła, ja jednak byłem innego zdania. Łącznie zrobiliśmy 373km.
Dzień 1
Niedzielę rozpoczęliśmy mszą świętą w pobliskim kościele. Po mszy wypiliśmy
kawę, przygotowaliśmy prowiant i ruszyliśmy na Pustynię Błędowską. Pustynia
została tylko w nazwie. Piasek wywieźli do huty i kopalni, a na tym, co zostało,
rozrosły się krzaki typu wierzba karłowata itp.

Następnie
zwiedziliśmy zamek Ogrodzieniec, w którym kręcili "Zemstę" Alexandra Fredro.
Jest to bardzo ciekawy układ ruin wybudowany częściowo na skałkach i głazach.
Można wejść na wieżę przypominającą latarnię morską lub zwiedzić podziemną
pijalnię miodu i zobaczyć potyczki opancerzonych zabijaków.
Koniec wycieczki miał miejsce u źródeł Warty w Kromołowie. Niektórzy nawet
zabierali krystalicznie czystą wodę z Warty do butelek.
Wieczorem Babcia Helena czytała wiersze erotyczne Twardowskiego /ale nie
księdza/ oraz własnego autorstwa.
Dzień 2
Wymieniłem
żarówkę w samochodzie. Pora opuścić domek Matki Teresy. Zapakowaliśmy do
samochodu wszystko prócz śpiwora i ruszyliśmy w kierunku południowym. Po drodze
zobaczyliśmy zbiornik wody Goczałkowice nad Wisłą. Wejście na tamę było surowo
wzbronione, niebezpieczne, grożące śmiercią, utratą wzroku, kalectwem, a ludzie
z obsługi chodzili po niej jakby nigdy nic.
Granice przekroczyliśmy w polsko-czeskim Cieszynie. Republika Czeska powitała
nas krótkim deszczykiem. Grupa zjechała się do Ośrodka Wypoczynkowego Skalka.
Powstał dylemat, kto z kim i w jakim pokoju. Ktoś wymyślił nawet by piątkę
młodzieży zapakować do jednego pokoju razem z naszym Przodownikiem Lechem.
Ostatecznie moja rodzina zamieszkała z p. Olkiem, p. Ulą i Patrycją w pokoju
sześcioosobowym.
Na wieczerzę, czyli obiadokolaję podali czeski specjał knedliki. Jak zwykle
warzyw co kot napłakał. Jedynie kilka kółeczek surowej cebuli. Wieczorem jeszcze
poszliśmy grupowo zwiedzać okolice. Zawędrowaliśmy leśną, asfaltową drogą do
nikąd i musieliśmy wrócić.
Dzień 3
Na śniadanie zjedliśmy pastę jajeczno-majonezowo-cebulowo-masłową z rohlikami.
Są to efekty ciągłego rozwijania i udoskonalania czeskiej technologii
piekarniczo konsumpcyjnej. Rohlik można zjeść na pięć sposobów:
-
Pierwszy -
na sucho.
-
Drugi -
zaczynając od odgryzienia końcówki, smaruje się go pastą w pozycji poziomej,
zakładając, że rohlika trzymamy pionowo. I tak następuje gryz, smarowanie,
gryz, smarowanie, itd.
-
Trzeci - rohlika trzymamy poziomo w lewej ręce, ostrym końcem do siebie. Do prawej ręki
bierzemy nóż. Rozcinamy pieczywo od jednego końca do drugiego, a w miejsce
przecięcia pakujemy pastę.
-
Czwarty -
przybieramy pozycję opisaną w punkcie trzecim. Następuje obrócenie rohlika o
180º dookoła własnej osi, a następnie kładziemy pastę po płaskiej powierzchni.
-
Piąty - rohlika obdzieramy z skóry odrywając sklejenie pieczywa, znajdujące się na
środku obiektu. Rozwinięty rohlik przypomina kształtem trójkąt. Właśnie na ten
trójkąt kładziemy pastę i zwijamy do poprzedniej formy. Tak przygotowany
posiłek można skonsumować na miejscu lub pozostawić na drugie śniadanie bez
obawy, ze pasta wycieknie ze środka. My zabraliśmy ze sobą cztery rohliki w
roli prowiantu.
Wyjechaliśmy konwojem ze Skalki w kierunku sklepu spożywczego. Po czesku
potraviny. Później zwiedziliśmy mały kościółek (Bíla) w stylu świątyni Wang.
Jest on cały zrobiony z drewna na wzór świątyń norweskich.

Członkowie
Klubu Sudeckiego - Poznań zwiedzili ścieżkę edukacyjną Radhost. Radhost to
lokalny bożek urodzaju i dobrobytu. Jest on połączeniem człowieka, lwa,
jaszczura, niedźwiedzia i wygląda południowo-amerykańsko. Na ścieżce znajduje
się niewielkie schronisko. Zamówiłem sobie Borowkovy Frgal, nie wiedząc , co to
jest. Kosztowało 15Kč, a czekałem godzinę. Myślałem, ze szykują jakiś wykwintny
obiad, a podali mi jedynie kawałek placka z jagodami! Byłem zły, bo się nie
najadłem. Po przekąsce poszliśmy do Kaplicy Cyryla i Metodego. W oczy rzuca się
błyszcząca, złota kopuła. Na froncie stoją dwie pokaźne postacie patrzące na
turystów surowym wzrokiem. Na podeście pomnika widnieje napis: Spravedlivi na
věky jsou žyvi.
Dzień
4
Dzisiaj pojechaliśmy na Lysą Horę. Jest to najwyższy szczyt w okolicy.
Samochodami cala grupa podjechała do hotelu u podnóża góry i ruszyliśmy w drogę.
Lysa Hora ma wysokość 1323 metry, a my wyszliśmy z poziomu 600, czyli w pionie
trzeba było przejść aż 700 metrów!
Na szczycie są trzy sklepiki z jedzeniem. Wszedłem do największego z nich.
Kolejka od kasy do wyjścia. W pewnym momencie pomyślałem, że trafiłem nie do
restauracji ale chyba do jakiejś poczekalni. Zamówiłem 3 smażone sery, zupę
cebulową, perlivą mineralkę i čierny ćaj.
Na górze jest także pokaźna stacja przekaźnikowa i skromny betonowy pomniczek z
wierszykiem:
Jsou tichy jak ten černy bor,
Co kryje jejich hlavy sivé:
To hřebeny jsou našich hor,
To Beskydy jsou zádumčivé.
Peter Bezruč
Dzień 5
Po wczorajszej wyrypie cała grupa solidarnie postanowiła, że dzisiaj chodzić nie
będzie. Wobec tego nasz przewodnik znalazł na mapie odkryty basen na terenie
dużego i wyludnionego hotelu. Co ciekawe, na jednej mapie ten basen był odkryty,
a na drugiej zakryty. Wylądowaliśmy na parkingu owego hotelu i ktoś
zaproponował, że fajnie byłoby się przejść po tutejszych lasach. Z kilkunastu
protestujących zostało tylko czterech, którzy zostali nazwani przez grupę
krokodylami. Warto było się przejść.
Po powrocie do hotelu jedni poszli się bachać, a inni na obiad do eleganckiej
restauracji w hotelu. Ja tam zasmakowałem kolejnego osiągnięcia czeskiej
technologii restauracyjno konsumpcyjnej - smażony hermelin. Jest to coś w
rodzaju sera camembert, ale w panierce z naleśnikowego ciasta. Wyborne.
Kosztowało 65Kč.
W basenie pływała ciekawa atrakcja - mechaniczny glonojad. Ten robocik beztrosko
jeździł sobie po dnie pływalni i wysysał z dna basenu wszystkie nieczystości.
Ktoś odkrył, że ten glonojad dobrze masuje nogi. Osobiście nie próbowałem.
Wieczorem starszyzna grupy pośpiewała przy ognisku jakieś starodawne piosenki
turystyczne. Dla mnie nic specjalnego.
Dzień 6
Pojechaliśmy
do miejscowości Bílý Kŕíž. Nie pamiętam dokładnie historii tego miejsca, ale jak
nazwa wskazuje, stoi w lesie biały krzyż. Nie pamięta już, kto pod nim śpi.
Widnieje na nim rocznik 1878, a tak naprawdę zbudowali go parę lat temu.
Niedaleko krzyża jest hotel o tej samej czeskiej nazwie. Najpierw był w wersji
drewnianej, jednak spłonął. W 1937 powstał nowy, nowoczesny ośrodek
wypoczynkowy. Dzisiaj została z niego ruina. Przez powybijane okna wewnątrz
widać robotników i słychać dźwięki szufel.
Po krótkiej przechadzce, poszliśmy na obiad do restauracji, która także nazywała
się Bílý Kříž. Zjadłem tam palacinki, a mama zamówiła utopenca z zupą czosnkową.
Palacinki to po prostu naleśniki, a utopenec to parówka maczana długi czas w
occie. Podaje się to z kwaszoną kapustą.
Później pojechaliśmy nad ogromny zbiornik mający zapobiegać powodziom Odry. Jest
tam także wielka tama i most to wieży kontrolnej na środku jeziora.
Dzień
7
Czas zaliczyć kolejny wysoki szczyt okolicy - Smrek, po czesku Smrk. Co
ciekawe, w tym dniu nikt nie zapalił samochodu. Zaczęliśmy wędrówkę wchodząc
stromymi, kamienistymi drogami. Z początku droga była nudna i trudna. Potem
wyszliśmy z lasu i widać było piękne widoki. Lysą Horę widzieliśmy chyba ze
wszystkich stron. Sam szczyt, czyli vrchol srmku nie jest ciekawy. Jest płaski i
rośnie na nim las, więc widoków nie ma za to jagody są wielkie i słodkie jak
winogrona. Schodząc ze szczytu nastraszyła nas burza. Na szczęście przeszła
bokiem. Po powrocie wszystkich bolały kolana.
Dzień 8
Ta
niedziela była bardzo oryginalna, ponieważ byliśmy na czeskiej mszy w pobliskim
kościele. Był to wspomniany wcześniej drewniany kościółek w miejscowości Bílá.
Na początku ksiądz przywitał się z ludźmi jak ze starymi znajomymi. Był to młody
i wesoły człowiek. Jego kazanie pełne wykrzykników, pytań retorycznych,
gestykulacji było tak żywe, że nie da się go opisać. Wyraźnie odczuwało się, że
ksiądz mówił bezpośrednio do ludzi. Scenariusz czeskiej mszy jest prawie
identyczny jak polskiej. Różni się jednym - Czesi nie zbierają na tacę. Leży
sobie ona na stoliku z darami i kto chce, ten wrzuca. Niektórzy byli bardzo
hojni. Wkładali nawet 50 lub 100Kč, czyli 14zł.

Po
mszy pojechaliśmy zwiedzać ogromny skansen wołoski w mieście Rožnov pod
Radhoštěm. Są tam niezliczone ilości starodawnych domków i osad. Tak dużo, że
znudziliśmy się zwiedzaniem. Najciekawszy był trzeci sektor z drewnianymi
maszynami napędzanymi wodą. Siła spadającej wody była już znana w epoce drewna.
Była tam mechaniczna, w pełni zautomatyzowana maszyna do mielenia zboża, która
na dodatek rozdzielała mąkę według grubości. Dalej widzieliśmy mechaniczną piłę
do drewna. Potężna to była machina. Potrafiła sama ciąć wzdłuż całe drzewa na
deski, co ręcznie byłoby katorżniczą robotą. Dalej były jakieś bajery kowalskie
o bliżej nieokreślonym zastosowaniu, bo nie chciało mi się słuchać czeskiego
przewodnika.
Obiad zjedliśmy w restauracji na rynku Rožnova pod Radhoštěm. Zamówiliśmy trzy
czesnekaczki (jakkolwiek to się pisze), czyli zupy czosnkowe z grzankami i
topionym serem. Czosnku nie czułem, ale było dobre. Na deser były zmrzliny.
Ryneczek, choć mały, jest bardzo elegancki. Wszystkie domy są wyremontowane i
kolorowe. Podłoga jest marmurowa. Na środku znajduje się pomnik pierwszego
prezydenta Czechosłowacji T.Masaryka. Obok niego stoją jacyś święci. Zapewne
jeden z nich to Nepomucen.
Nie zabrakło także kąpieli w jeziorze. Woda była ciepła. Słoneczko ładnie
grzało.
Wieczorem nasz dowódca z gitarą dał koncert piosenki biesiadnej przy ławeczce,
bo miejsce przy ognisku było już zajęte.
Dzień 9
Klub
Sudecki Poznań poszedł na krótką przechadzkę do wodospadów. Niestety w pierwszym
wody nie było, a w drugim leciała jak krew z nosa. Podczas deszczu owe
niepozorne wodospady zmieniają się w rwące prądy morskie i taranują wszystko, co
stanie im na drodze. Świadczą o tym duże koryta i ostry spadek wysokości.
Doszliśmy do skrzyżowania dróg, gdzie była przerwa podczas wyrypy na Smrk.
Historia lubi się powtarzać i zrobiliśmy jeszcze jeden przystanek w tym miejscu.
Zrobiło się zimno. 8 osób postanowiło odłączyć się od grupy, a reszta poszła w
las na jagody.
Zaczęło kropić. Wodospady jeszcze przed nami. Na szczęście nie zdążyło się
uzbierać wystarczająco dużo wody, by odciąć drogę. Jagodziarze twardo
przeczekali deszcz i wrócili do domu dopiero po kilku godzinach. Podczas drogi
p.Lechu opowiedział nam legendę o czerstwym chlebie.
Legenda o Czerstwym Chlebie
Po polsku czerstwy oznacza stary i niedobry. W języku czeskim čerstwý to
nowiutki, świeży i najlepszy z możliwych. Z reguły słowo, które mówi się
podobnie w obu językach znaczy to samo, a tu taka rozbieżność. Wszystko dlatego,
że jakieś 1000 lat temu spotkali się książęta polski i czeski. Pojedli, popili,
zaprzyjaźnili się. Gdy polski książę wyjechał do domu, Czech wpadł na nieco
spóźniony pomysł, by poczęstować przyjaciela czerstwym chlebem z najlepszej
czeskiej piekarni. Zostały zapakowane najlepsze bochenki takiego chleba i wóz
pojechał. Należy pamiętać, że w tamtych czasach transport był bardzo wolny. W
końcu wóz dojechał do polskiego księcia. Oto czerstwy chleb! Książę
odpakował prezent, a tam nędzne chleby, suche i twarde jak kamień. Dlatego w
Polsce czerstwy nie kojarzy się za dobrze, a czesi čerstwe pieczywo bardzo
lubią.
Dzień
10
Ostatni dzień wspólnych wędrówek był bardzo gorący. Celem wycieczki było
zdobycie szczytu Ropiczka. Miejsce to związane jest z byłym prezydentem Poznania
Cyrylem Ratajskim, który był zasłużonym pionierem turystyki górskiej. Ratajski
po studiach prawniczych zamieszkał w Raciborzu i w 1910 roku założył Polskie
Towarzystwo Turystyczne "Beskid". Był jego pierwszym prezesem, zauroczonym
krajobrazem śląskich gór i turystyką górską. Wg relacji jego syna, Ziemowita,
zdobył chyba wszystkie szczyty Tatr i kilkakrotnie przebywał na Śnieżce.
Towarzystwu podarował zakupiony przez siebie szczyt góry Ropiczki (obecnie w
Republice Czeskiej). Stanęło na nim, pierwsze w okolicy, polskie schronisko
turystyczne, ufundowane ze składek członków "Beskidu".
Pierwszy odcinek trasy był stromy jak diabli. Nachylenie 45'. Tata nie wytrzymał
nerwowo i wrócił na parking. Zjedliśmy drugie śniadanie i poszliśmy dalej, tym
razem asfaltową, równą drogą. Chata Ropička okazała się zamknięta. A tak się
napaliłem na smażony hermelin... Trzeba było szukać zapasów na czarną godzinę.
Na szczęście na tym odludziu był polski zasięg. Wysłałem 8 smsów z
pozdrowieniami.
Po zejściu wykąpaliśmy się w basenie w pobliskim hotelu, gdzie zaparkowaliśmy
nasze samochody. Woda była zimna jak lód, ale skutecznie nas orzeźwiła.
Wieczorem nasz przewodnik Lech R. grał na gitarze siedząc na ławeczkach blisko
naszego domku, bo miejsce przy ognisku było znowu zajęte. Przyniósł też fajną
lampkę ze świeczką. Pośpiewaliśmy, a raczej pośpiewało starsze grono
obozowiczów, jednak szybko im w gardle zaschło.
Dzień 11
Było miło, ale się skończyło. Nadszedł czas wyjazdu. Zjedliśmy ostatnie czeskie
śniadanie, zrobiliśmy grupowe zdjęcia kilkunastoma aparatami i rozeszliśmy się
na cztery strony świata, a dokładniej na północ.
Przejechaliśmy przez granicę tym razem nie w Cieszynie, a w Chałupkach. Zaraz po
tym zrobiliśmy przerwę w jakimś przygranicznym barze i zjedliśmy ostatnie
rohliki.
Obiad zjedliśmy w Częstochowie - był bardzo oryginalny, bo jedliśmy go w piwnicy
starostwa powiatowego. Zamówiłem pierogi jagodowe. Sprzedawca powiedział, że
takich aktualnie na zbyciu nie ma, bo są truskawkowe. Po złożeniu zamówienia,
okazało się, że pierogi jagodowe jednak są. Jakby tego było mało, mamie podali
surowe mięso. Obsługa owego luksusowego lokalu była bardzo niezadowolona, że
klient śmiał narzekać na jedzenie.

Przejeżdżając
przez Częstochowę widzieliśmy niezliczone pielgrzymki hippisów i młodzieży z
całej Europy Centralnej.
Przywitali nas p. Majka i p. Leszek w ładnym domku, w którym nocowaliśmy. Panią
Majkę mama poznała przez internet grając w Scrabble. Oprowadziła nas po
klasztorze na Jasnej Górze, gdzie widzieliśmy ogromne mury obronne, wieże,
niezliczone obrazy religijne, a między innymi Matki Boskiej i nowoczesną Drogę
Krzyżową. Wszędzie pełno pielgrzymów, ochroniarzy i duchownych wszelkiego
rodzaju, łącznie z biskupami. Potem pan Leszek oprowadził nas po Częstochowie
klimatyzowanym samochodem.
Dzień 12
Rano zjedliśmy śniadanie i ruszyliśmy od razu w drogę do domu, zanim się
powietrze nagrzeje. Niestety spóźniliśmy się. Na dworze było gorąco nie do
wytrzymania. Pan Leszek nawet próbował ochłodzić nasz samochód lejąc go z węża
wodą, ale nic to nie dało. Trudno. Trzeba jechać w warunkach, jakie są. A były
one okropne. Temperatura sięgała ponad 40'C. Wszystkie okna z wyjątkiem taty
były otwarte, ale niewiele to dawało ochłody.
W związku z zaistniałą sytuacją i długą drogą do przejechania, przystanki
robiliśmy bardzo często. Zatrzymywaliśmy się w jakichś małych dziurach i lasach.
Szczęściem było, że na obiad trafiliśmy do eleganckiej klimatyzowanej
restauracji. Wreszcie wszyscy ochłonęli i najedli się do syta.
Wcześniejsza droga przez Śląsk była istną mordownią. Non stop jakieś zasmrodzone
miasta, w których trzeba było się wlec, jak mucha w smole. Najlepiej się jechało
oczywiście w Wielkopolsce. Drogi szerokie, szybkie i proste. Nawet cysterna,
która pozornie jest wolna, na wielkopolskich drogach rozpędziła się do
dziewięćdziesiątki.
Pierwszym zwiastunem zbliżającego się domu było radio RMF FM nadawane na
poznańskich częstotliwościach. Przejechaliśmy pod nowo wybudowanym wiaduktem w
centrum edukacji i rolnictwa Krzesiny. Dalej pojawiło się M1 i tablica z
termometrem pokazującym temperaturę asfaltu sięgającą 41'C (a było to
wieczorem). Przejechaliśmy przez Rondo Rataje i skręciliśmy w małą osiedlową
uliczkę.
Złocisty Rydwan, zwany skromnie Fiatem Cinquecento, zatrzymał się na parkingu na
Osiedlu Piastowskim, w Poznaniu.
Przejechaliśmy 1478 km w ciągu 13 dni. Pieszo przeszliśmy ładne kilkadziesiąt
kilometrów. Wydaliśmy 4500Kč. Zrobiliśmy 158 zdjęć. Ta historia składa się z
16711 liter i jest relacją z jednych z najbardziej udanych wakacji.
Tekst napisał Leon
Wszystkie prawa zastrzeżone
|