Miłków, Karpacz 2005

Po co jeździć w jakieś Alpy czy Pireneje, gdy w Polsce mamy piękne góry? Lech Rugała organizuje wycieczki po sudeckich szlakach i nie tylko. Oto reportaż z wycieczki po polskich Karkonoszach.

Dzień 0

Jeszcze przed siódmą wyjechaliśmy z Poznania naszym Złocistym Rydwanem, skromnie zwanym Fiatem Cinquecento. Ten luksusowy wóz, który może śmiało konkurować z Maybachem, zawiózł nas do celu w pięć godzin (ok. 280km), czyli do pensjonatu "Anna", w Miłkowie koło Karpacza.

Tym razem byliśmy wyposażeni w lepsze technologie niż w zeszłym roku. Trasę opracowałem programem w komórce, a zaraz po przyjeździe wysłałem zdjęciem naszemu przewodnikowi Lechowi widok z okna. Jego ani grupy jeszcze nie było, bo mieli przyjechać dopiero następnego dnia.

Pensjonat "Anna" jest położony na zboczu z pięknym widokiem na góry i składa się z dwóch części - dużego domu oraz podłużnego baraku, gdzie mieszkaliśmy. Śmieszy mnie to, że jest tu więcej kibli niż pokojów. Oprócz tego jest basen z wodą ze strumyka, a zimą pewnie zmienia się w lodowisko. Znajduje się tu też wyciąg. Ceny są bardzo niskie, a jedzenie dobre (póki co).


Pensjona "Anna", widok na drugą część

Dzień był ładny. Świeciło pięknie słoneczko i ludzie kąpali się w basenie. Jednak wieczorem przyszła ostra burza. Deszcz lał całą noc, a pierony waliły z częstotliwością zbliżoną do uderzeń cepa o bęben na reklamie Algidy. Ładne powitanie, ładne. Ale takiej burzy już dawno nie widziałem.

Dzień 1

Pierwszy wyryp zaczynał się od wyciągu z Karpacza na Kopę. Siedząc na krzesełku chciałem zrobić zdjęcie, ale pokrywa baterii w aparacie była otwarta i wszystkie baterie wyleciały! Wyciąg to chyba najgorsze miejsce, gdzie mógł  zdarzyć się taki wypadek. Złapałem trzy, a jedna gdzieś spadła. Co prawda mieliśmy zapasowe, ale nowy zestaw akumulatorów był już zdekompletowany... Dlaczego pokrywa była otwarta? Dochodzenie w toku...

Podziwiając Śnieżkę, minęliśmy  Dom Śląski i Strzechę Akademicką idąc do Samotni na kawę. Po drodze mijaliśmy dziesiątki rowerzystów - akurat był wtedy Wyścig na Śnieżkę. Kolarze jechali od stadionu miejskiego w Karpaczu  na najwyższy szczyt Karkonoszy. Ogromny wysiłek. Podziwiam takich ludzi. A kiedy ja ostatnio jeździłem na rowerze? Hmmm... Trzeba w końcu zrobić porządek w piwnicy, bo rowerów nawet nie da się wyciągnąć.


Rowerzysta na tle Strzechy Akademickiej


Schronisko Samotnia


A to co za jeden?

Z Samotni ruszyliśmy w dalszą drogę do skrzyżowania pod Słonecznikami. Potem już wracaliśmy do Karpacza. Razem z przerwami wycieczka trwało około siedem godzin.

Przodownik Lechu R. był już na miejscu z resztą grupy. Łącznie szesnaście osób. Zaplanowano wieczór relaksacyjno-integracyjny i ten tego... Na pobliskim wysypisku starych lamp ulicznych i innego sprzętu znalazłem gigantyczną żarówkę - długa na trzydzieści centymetrów o mocy czterysta wat! Myślałem, że takie rzeczy stosuje się w tylko latarniach morskich, a jednak są na wielu ulicach.


Lampa ponad trzy razy dłuższa od normalnej żarówki

Dzień 2

Czas na kolejny wyryp, ale tym razem po okolicach Miłkowa. Idąc przez las niektórzy nazbierali pełno grzybów i/lub najedli się malin.

Kaplica św. Anny to najstarszy murowany obiekt w rejonie. Spod niej wypływa mały strumyczek. Ciekawe jest, że wykryto w min śladowe ilości radioaktywnego radonu. Legenda głosi, że szczęście w miłości będzie miał ten, kto przeżegna się, nabierze wody w usta ze źródełka i siedem razy przebiegnie dookoła kaplicy, nie połykając tej wody. Nie wiem, czy to miało jakieś powiązanie z biegiem, ale po zakończeniu siódmego kółka, jakiś ptak mi se vykakal na hlavu...

 
Kaplica i źródło

Tutejszy wymiar sprawiedliwości miał do dyspozycji kamienną szubienicę na górze Straconka. Z trzech sześciometrowych słupów zwisała pętla, a na niej skazaniec. Zanim to miejsce porosło drzewami, z dołu musiał być przerażający widok.


Tu zabito dziesiątki ludzi

Dzień 3

Samochodami podjechaliśmy na Okraj (turyści jeżdżą samochodem?!), a stamtąd już pieszo przez Sowią Przełęcz do Czeskiego schroniska - Chaty Jelenka. Tam skosztowaliśmy specjałów czeskiej kuchni - smažený sýr, utopieniec i knedliki. W odległości kilkunastu metrów od Chaty znajduje się małe źródełko.


Od lewej: Lech, Jola, Michał, Renata, Adam, Teresa, Bożena, Zosia

W drodze powrotnej każdy jechał, jak chciał. Mógł jechać na własną rękę, albo śledzić samochód Przodownika Lecha (Fiat Panda, srebrzysty rydwan). Tak też postąpił Pan Olek. Jechał za Fiatem Pandą, aż do Karpacza, a z tego samochodu wyszedł potem zupełnie inny facet!

Rydze, które znaleźliśmy podczas dzisiejszej wycieczki (a było ich mnóstwo), szef kuchni smażył na patelni nad turystyczną butlą gazową. Były bardzo dobre.

 
Szef Kuchni Lech i grzyb

Dzień 4

Ze względu na poranny deszcz i gęstą mgłę postanowiliśmy nie wychodzić za daleko. Jednak zrobiło się cieplej i słonecznej, więc poszliśmy z Miłkowa do Świątyni Wang. Droga pod górę tak nas wymęczyła (bo mieliśmy kurtki przeciwdeszczowe), że trzysta metrów przed celem odechciało nam się podchodzić wyżej i zamiast Wangu, zaliczyliśmy bar.

 
Leon Potter

Tym razem w lesie było pełno maślaków modrzewiowych. Takie żółte, połyskliwe grzybki. Rosło ich tak dużo, że nie było sensu zbierać innych, gorszych grzybów.

Po powrocie do domu znowu spadł deszcz i znowu grzmiało. Cały dzień utrzymywała się gęsta mgła w wyższych partiach gór. W deszczu jakoś nikomu się chrustu na ognisko zbierać nie chciało.

Tym razem imprezę w pokoju urządzili Lech i Zosia. Przy gitarze i winie marki Sophia ludziom rozplątały się języki i zaraz zaczęli gadać o poznańskich sex-shopach. Żart obozu - Co to jest harcerz? Dziecko ubrane jak kretyn, stojące na baczność przed kretynem ubranym jak dziecko.

Dzień 5

No i czas wracać do domu! Deszcz lał, góry w chmurach, a na dodatek w hotelu zabrakło prądu. Kilka dni przed nami wyjechały już trzy osoby. Reszta grupy zostaje jeszcze przez jakiś czas.

Po drodze wstąpiliśmy do restauracji Rzygi Ameryki na sałatkę o nazwie Cziken Premiera. Później odwiedziliśmy znajomych w Księginkach. Poczęstowali nas jedyną i niepowtarzalną czerniną z własnych gęsi. Oprócz nich, hodują też świnie, byki, krowy i jakieś inne stwory. Zwiedziliśmy nawet chlewnię. Koszulki do dzisiaj śmierdzą...

 
Kaczki (albo gęsi, z miasta jestem) i świnie (i my to jemy...)

Wypady organizowane przez Lecha i Zofię Rugałów są zawsze ciekawe. Przeszedłem wiele tysięcy metrów nieznanych mi dotąd szlaków i dowiedziałem się rzeczy, których nie ma w żadnych przewodnikach (np. Legenda o czerstwym chlebie). Szkoda tylko, że tym razem nie zamówili lepszej pogody :)

Tekst napisał Leon
Wszystkie prawa zastrzeżone


Nick:

Komentarz:

 
Protected by BOWI Group
Copyright © 2002-2009 Leon
Wszystkie prawa zastrzeżone