![]() |
||||||||||||
Zaatakowany przez dziwczane istotyJeszcze parę godzin temu spodziewałem się, że umrę i miałem nadzieję, że skończy się tortura, jaką było dla mnie życie. Teraz wszystko wyglądało znacznie gorzej. Byłem popychany przez tłum nieprzyjaznych i okrutnych ludzi w nieznanym kierunku w mrok. Zaczęli wrzeszczeć i rzucać w moim kierunku przekleństwa i obraźliwe słowa żądając bym szedł jeszcze szybciej. Odmawiali odpowiedzi na jakiekolwiek pytania. W końcu powiedziałem im, że nie pójdę już dalej. W tym momencie zmienili się całkowicie. Stali się o wiele bardziej agresywni i nalegali, bym szedł z nimi. Kilku z nich zaczęło mnie popychać. Ja zacząłem im oddawać i wtedy zaczęła się dzika orgia wrzasków, szyderstw i bicia. Walczyłem jak dziki człowiek. Cały czas zdawałem sobie sprawę z tego, że sprawia im to wielką uciechę. Ta gra ze mną była dla nich centrum ich rozrywki. Moje cierpienie było ich przyjemnością. Starali się mnie zranić. Chwytali mnie i gryźli. Kiedy udawało mi się zrzucić jednego z nich na jego miejsce pojawiało się pięciu innych. W tym czasie znajdowałem się w niemal całkowitej ciemności i czułem, że zamiast dwudziestu, trzydziestu nieprzyjaznych istot jest ich tam niezliczona rzesza. Ranienie mnie było dla nich rodzajem sportu. Moje próby walki z nimi prowokowały u nich tylko jeszcze większą uciechę. Zaczęli mnie fizycznie upokarzać w najbardziej poniżający sposób. Walcząc z nimi byłem świadomy tego, że im wcale nie spieszy się by mnie pokonać. Bawili się mną tak jak kot bawi się z myszą. Każdy nowy atak wywoływał u nich kakofoniczne wycie. Ku mojemu przerażeniu zaczęli mnie rozrywać i pożerać żywcem. Robili to bardzo powoli tak by ich zabawa trwała jak najdłużej. Ani przez moment nie miałem odczucia, że atakujące mnie istoty są kimś innym niż ludźmi. Najlepszy sposób, w jaki mógłbym ich opisać to najbardziej odrażające osoby, jakie można sobie wyobrazić odarte z najmniejszej choćby intencji zrobienia czegoś dobrego. Niektórzy z nich podpowiadali innym, co robić, ale nie zauważyłem wśród nich żadnej hierarchii w sensie organizacyjnym. Nie wyglądało na to by byli kierowani przez kogoś lub kontrolowani w jakikolwiek sposób. Zasadniczo byli tłumem istot kierujących się nieposkromionym okrucieństwem i namiętnościami. W czasie naszej walki zauważyłem, że wydają się nie odczuwać bólu. W czasie mojego pierwszego kontaktu z nimi zauważyłem, że byli ubrani, jednak kiedy ich dotykałem nie czułem żadnego ubrania. Walcząc z całych sił przez dłuższy czas w końcu moje siły wyczerpały się. Leżąc tam wyczerpany pomiędzy nimi zauważyłem, że moi prześladowcy uspokajają się. Leżąc bez sił przestałem być dla nich rozrywką. Większość z istot poczęła rezygnować rozczarowana, ale niektóre wciąż skubały mnie i poniżali mnie za to, że nie jestem już dłużej dla nich zabawny. W tym czasie leżałem tam poszarpany, niezdolny do stawiania jakiegokolwiek oporu a nieprzyjaźni ludzie od czasu do czasu kłuli mnie próbując zmusić mnie do reakcji. Wtedy wydarzyło się coś, czego nie będę nawet próbował wyjaśnić. Wewnątrz siebie usłyszałem głos mówiący: – Módl się do Boga. Mój umysł zareagował na to: – Przecież ja się nie modlę. Nie wiem, jak się modlić. Tak wyglądała moja sytuacja: facet leżący na ziemi w ciemnościach otoczony przez setki, jeśli nie tysiące brutalnych i okrutnych stworów, które właśnie przed chwilą rozszarpały go. Moje położenie wydawało się zupełnie beznadziejne i wyglądało na to, że niemożliwe jest jakiekolwiek wyjście niezależnie od tego czy wierzyłbym w Boga czy nie. Głos wewnętrzny ponownie powiedział, bym modlił się do Boga. Był to dla mnie dylemat, ponieważ nie wiedziałem jak się modlić. Głos powiedział po raz trzeci bym modlił się do Boga. Zacząłem w ten sposób: – Pan jest moim pasterzem, nie będę pożądał... Boże chroń Amerykę... – i inne frazy, które wydawały się mieć związek z religią. Ludzie wokół mnie dostali szału tak jakbym wylał na nich wrzący olej. Zaczęli na mnie krzyczeć i wrzeszczeć, rozkazując bym przestał. Wrzeszczeli, że nie ma żadnego Boga i że nikt mnie nie usłyszy. Wykrzykując obelgi w moim kierunku zaczęli jednocześnie wycofywać się – tak jakbym był trucizną. Kiedy tak wycofywali się, stali się jeszcze bardziej rozwścieczeni, przeklinając i wrzeszcząc, że to, co mówię jest bezwartościowe i że jestem tchórzem. Odkrzykiwałem w ich kierunku: – Ojcze nasz, który jesteś w niebie – i tym podobne zdania. To trwało przez jakiś czas aż nagle uświadomiłem sobie, że odeszli. Było ciemno a ja byłem sam wykrzykując rzeczy, które brzmiały „kościelnie”. Sprawiało mi przyjemność, że te kościelne zwroty odniosły tak ogromny skutek na te okropne istoty. Leżałem tam tak długo w stanie beznadziei i desperacji,
otoczony zupełną ciemnością, że nie jestem w stanie powiedzieć ile to trwało.
Leżałem w nieznanym mi miejscu, cały poszarpany i porozrywany. Byłem zupełnie
pozbawiony siły. Zdawało mi się, że zanikam, że najmniejszy ruch, który
chciałbym wykonać pochłonąłby ostatnią energię, którą posiadałem.
Tekst napisał prof. Howard Storm
|
||||||||||||
|
||||||||||||
|